Znów wpadły mi w ręce zdjęcia, z których patrzą na mnie z nadzieją wołominiacy sprzed blisko wieku. Najczęściej specjalnie upozowani, uczesani, przejęci wydarzeniem, jakim było wspólne zdjęcie z rodziną, nauczycielem, duchownym. Czy myśleli wtedy o tym, że ktoś w XXI wieku będzie z uwagą studiował ich twarze, elementy ubioru czy tło, aby pokusić się o przybliżone przynajmniej określenie czasu, miejsca i bohaterów wydarzeń? Czy byli świadomi tego, że ich czasy, ich „teraz” będzie po latach zagadką, naszym „kiedyś” czy może wręcz „onegdaj”? Raczej nie… Myśleli raczej o tym, że za kilka dni dostaną do ręki odbitki, na których napiszą sobie” „na wieczną pamiątkę…”. Ich już nie ma, ale zdjęcia pozostały. Czytaj dalej „Na wieczną pamiątkę”
Jest praca!
Dziś są na to zapewne jakieś groźne paragrafy, ale w latach osiemdziesiątcych zdarzało się, że w podstawówce zaganiano nas do roboty w ramach wuefu czy innych Zajęć Praktyczno-Technicznych. Jako psotne szczeniaki broiliśmy wtedy czasem na potęgę – pewnej zimy przymuszeni do posypywania piaskiem oblodzonego chodnika przed szkołą wypisaliśmy na nim wielkimi literami hasło: „Robota to głupota”. Przechodnie niczego nie zauważyli, ale z wyżyn drugiego piętra szkoły przyuważyła nas polonistka… W ramach kary (?) musieliśmy wysmarować rozprawkę, w której mieliśmy dowieść słuszności tego hasła – dziękuję, pani Elżbieto, za tę lekcję wyrozumiałości i poczucia humoru! Broniłem się w moim tekście jak lew i sto tygrysów tłumacząc, że „robota” to żmudna i ciężka praca nie dająca satysfakcji. Do dziś w to wierzę i „roboty” unikam. Czytaj dalej „Jest praca!”
Sojusz Ciężkich Frajerów
Podobno jeśli gdzieś na świecie spotka się trzech przypadkowych Amerykanów, to zaraz znajdują płaszczyznę porozumienia, zakładają stowarzyszenie, wybierają prezesa, skarbnika i sekretarza i zaczynają działać. Nieistotne jest, czy połączyła ich pasja zbierania znaczków, pomysł na budowę placu zabaw dla dzieci czy misja zmieniania świata (oby na lepsze!) – wspierają się, bo wiedzą, że razem mogą więcej, bo są silniejsi. Jeśli zaś gdzieś na świecie spotka się trzech Polaków, to zaraz pokłócą się o politykę, piłkę nożną albo inny, równie ważki temat na który nie mają wpływu, po czym rozejdą się wzburzeni do swoich domów i będą gadać do telewizorów. Czytaj dalej „Sojusz Ciężkich Frajerów”
Jestem homofobem?
Świat wokół nas jest coraz bardziej czarno-biały: albo jesteś za, albo przeciw. Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Nie ma żadnych faz pośrednich, nie ma dyskusji. Albo PO, albo PiS. Legia albo Polonia. Homo albo… homofob. Zwłaszcza to ostatnie sprawia mi spory kłopot, choć… może to ja sprawiam kłopot innym? Czytaj dalej „Jestem homofobem?”
Miasto bez twarzy
Kiedy byłem w wieku, w którym moim największym problemem była klasówka z chemii, o Radzyminie mówiliśmy z przekąsem „miasto seksu i biznesu”. Wtedy to było śmieszne – każdy, kto pamięta to miasto z przełomu lat 80. i 90. wie, o czym mówię. Dziś to wcale nie jest śmieszne… Czytaj dalej „Miasto bez twarzy”
Inne kobiety
Drobna blondyneczka mości się na kolanach ogolonego „na zero” młodzieńca – widać parkowa ławka nie nagrzała się jeszcze wystarczająco, żeby przysiąść na niej w skąpej miniówce. Za wcześnie na wagary, moi drodzy, wyszliście przed orkiestrę… Nagle ona pyta, kontynuując widać przerwany wątek: – …i nawet Mariola ci się nie podoba? Czytaj dalej „Inne kobiety”
Dzień świstaka
Budzik drze się codziennie o tej samej porze… Kawa w tym samym kubku, znowu dwie kanapki, ta sama droga do pracy: pociąg, autobus… Te same twarze współpracowników i co gorsza – ta sama gęba szefa. Pensja na koncie co miesiąc ta sama, nie ma co liczyć na podwyżkę – mówią, że jest kryzys. Co dzień ten same problemy i niemal identyczne ich rozwiązania, nawet wieczorny film w telewizji ten sam, bo już go kiedyś widzieliśmy. Pewnie nie raz, choć i tak nie pamiętamy, jak się skończył. Nawet nasze narzekania są codziennie takie same – i ci sami politycy, przełożeni i szwagier są wszystkim naszym życiowym niepowodzeniom winni. Czytaj dalej „Dzień świstaka”
Najstarszy zawód świata
Musze to wyznać – mam wielki szacunek i słabość do „najstarszego zawodu świata”. Nie każdy może go uprawiać – i z pewnością nie każdy powinien, dla dobra nas wszystkich. Choć wydaje się atrakcyjny i kuszący, to jednak jest to kawał ciężkiej, ale i misternej roboty, w której z roku na rok trzeba się doskonalić, choć czasem wydaje się monotonna aż do znudzenia. Powiedzmy to sobie otwarcie – nauczyciel to powołanie, a nie zawód. Czytaj dalej „Najstarszy zawód świata”
Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste siódme
– Nie jest źle, panie Mareczku, nie jest źle! Idą zmiany, może i robota będzie niedługo… Nie, nie – przy odśnieżaniu to sezonowe zajęcie jest, a ja potrzebuję ustabilizować budżet domowy. Ale może będzie robota jakby dla mnie stworzona – uratuję nasz kraj, ojczyznę naszą kochaną! No nie sam, sam to bym mimo wszystko rady nie dał, ale rękę przyłożę! Właściwie to nie rękę… Opowiem od początku – sam pan zrozumiesz. Czytaj dalej „Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste siódme”
Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste szóste
– Zaczęło się! Będzie ciężko, ale damy radę! Trzymajmy się razem, to jakoś przetrwamy, panie Mareczku… Jaki koniec świata, co pan gadasz – to za tydzień dopiero! Na razie to trzeba przetrwać jakoś te wszystkie wymuszone uśmiechy, te zakładowe Wigilie, te wszystkie rymowane życzenia przysyłane esemesami z numerów, których nie masz pan w książce. To trudny czas, panie Mareczku. Czas obłudy! Czytaj dalej „Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste szóste”
Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste piąte
– Przyhamuj pan, panie Mareczku, z tymi swoimi bombkowymi pomysłami, bo to się źle skończyć może. Ktoś usłyszy, coś niechcąco przekręci, doniesie gdzie trzeba i przyjdą pana pojmać bladym świtem. Zaraz ktoś ideologię dorobi i się okaże, że chciałeś pan zaparkować między miejskim magistratem a starostwem taksówką wypełnioną niebezpiecznymi materiałami – i weź się pan potem tłumacz, że chciałeś pan parę groszy przed świętami dorobić i że to były bombki, a nie bomby. Czytaj dalej „Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste piąte”
Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste czwarte
– Jak ktoś ma pecha, panie Mareczku, to mu w drewnianym kościele cegła na łeb spadnie… Ja tam nigdy szczęścia nie miałem w kartach, a w miłości to sam pan wiesz, tłumaczyć nie trzeba. Od szczeniaka już mnie ten pech prześladował, toteż i przyzwyczajony jestem i się nie żołądkuję z byle powodu. Czytaj dalej „Okiem Mariana – spojrzenie czterdzieste czwarte”

Najnowsze komentarze