Chociaż czasy, w których zaczytywałem się w prozie Irvinga minęły chyba bezpowrotnie, to wciąż mam wielką słabość do jego twórczości – zwłaszcza do starszych tytułów. Wiedziałem o istnieniu tego filmu i o jego niezłych recenzjach, ale jakoś nie było okazji… Aż do wczoraj. 

Chyba od pół roku skaczę po kilkuset kanałach telewizyjnych (wcześniej wystarczała mi naziemna), ale dopiero wczoraj uznałem, że było warto zainstalować miskę na dachu. Zacznę chyba regularnie śledzić ofertę kanałów filmowych, bo jeśli chociaż raz w miesiącu trafi się dobry tytuł, to już nie ma na co narzekać. Wbrew regułom może nie jest filmem wybitnym, ale i tak dostał siedem nominacji do Oscara i otrzymał dwie statuetki – za adaptację własnej powieści dostał ją John Irving, za rolę drugoplanową – Michael Caine. Tobey Maguire jako Homer Wells może i powalający nie był, ale z pewnością wiarygodny, Charlize Theron jak zawsze przykuwała mój wzrok swoją zupełnie niedzisiejszą urodą…

Jeśli ktoś książki nie czytał, a lubi kino bez wybuchów, to raczej oceni ten film dobrze. Miłośnicy Irvinga przeważnie kręcą nosami, ale… czy ktokolwiek, kiedykolwiek zekranizował dobrze jakąkolwiek wybitną powieść? Nie jestem filmowym znawcą, może więc dlatego żaden tytuł nie przychodzi mi do głowy… Na pewno złożone relacje i zależności pomiędzy bohaterami tej historii zostały uproszczone. Z pewnością bezlitośnie amputowano poboczne wątki, które wspaniale ją ubarwiały. Nie da się ukryć, że po prostu film różni się od książki, ale w końcu tych wszystkich cięć dokonał autor, zapewne w świadomy ich konieczności. Może dzięki temu nie zatarł się sens i główny motyw, a uwagę przykuło kilka kwestii, które warto zachować w pamięci, by mieć się czym kierować na życiowych rozdrożach? I niekoniecznie myślę tu o sprawach tak trudnych jak decyzja o aborcji…

Z ekranizacji Irvinga nie widziałem jeszcze tylko mojej ulubionej Modlitwy za Owena, która weszła na ekrany jako Simon Birch. Nie wiem, czy powinienem to oglądać… Jednoroczna wdowa, Hotel New Hampshire, Świat według Garpa czy właśnie Regulamin tłoczni win to książki świetne i dobrze zekranizowane, ale Modlitwa… to zupełnie inny kaliber. Trochę się boję.