Po dwudziestu latach znów stanąłem pod sceną dawnego radzymińskiego kina „Czar” słuchając rockowej, garażowej kapeli i… nie poznałem tego miejsca. Oczywiście nie dosłownie – byłem tam już kilka razy na próbach, na koncercie jazzowym czy bluesowym, ale ta ściana dźwięków obudziła stare wspomnienia. Jako uczeń szkoły średniej skakałem pod tą sceną przy marnym nagłośnieniu, zupełnie symbolicznym oświetleniu i przy – co tu dużo mówić – zaledwie przyzwoicie wykonanych dość prostych utworach wykonywanych często przez moich szkolnych kolegów.

Byłbym zapewne przekonany, że to były jakieś światowej klasy wydarzenia muzyczne gdyby nie ambitne podejście kilku znajomych, którym udało się te koncerty zarejestrować na VHS. Pamiętacie jeszcze? To takie duże kasety, na których mieścił się jeden film pełnometrażowy… Udało mi się odtworzyć i przegrać na nieco bardziej współczesne nośniki niektóre z tych bezcennych muzycznych zabytków, więc siłą rzeczy – obejrzałem i posłuchałem. Jakby to delikatnie ująć? Może tak – wartość dokumentalna przewyższa wartość artystyczną. Ha! Zrobię chyba karierę w dyplomacji!

Z radością stwierdzam, że wielu kolegów, których nieraz z trudem rozpoznaję na tych nagraniach, wciąż aktywnie zajmuje się muzyką. Niektórzy nawet próbują się z tego utrzymać, co jest posunięciem odważnym i godnym szacunku. Zmienili się oni, sprzęt i muzyka, którą grają, choć niektórzy, prawdę mówiąc, niewiele. Staram się bywać na ich koncertach – czasem bardziej z sentymentu i ciekawości niż z uznania dla ich dzisiejszej twórczości, ale jednak. Zastanawiam się nawet czasem, czy jestem obiektywny w ich ocenie, czy nie idealizuję ich zbytnio we wspomnieniach – wbrew oczywistym dowodom na magnetycznej taśmie.

Za kilka dni spotkam się z moją klasą z podstawówki, tej ośmioklasowej. Niektórych z nich po raz ostatni widziałem ze świadectwem w dłoni na boisku wołomińskiej „piątki”. Minęło prawie ćwierć wieku, a ja będę ich wciąż widział takimi, jakimi byli wtedy: młodzi, roześmiani, zwariowani. Będziemy wspominać nauczycieli (niektórzy wciąż uczą!) i rówieśników, z którymi nie mamy kontaktu. Na pewno wspomnimy kilka wykręconych wspólnie numerów i okaże się, że każde z nas pamięta to inaczej – czasem całkiem inaczej.

Może to dobrze, że nikt tego wtedy nie filmował?