Niestety nie da się po raz drugi zrobić pierwszego wrażenia… Na Tomasza Tomaszewskiego natknąłem się dość dawno temu w telewizji, w jakimś programie luźno związanym z fotografią, gdzie „robił za gwiazdę”. National Geographic, te sprawy… Jakoś nie przypadł mi do gustu i szczerze mówiąc – nie wiem z jakiego powodu.

Może miałem wtedy w głowie wyczytaną gdzieś informację, że te kilkanaście zdjęć, które trafiają do druku, to wybór z setek wykonanych kadrów? W analogowych czasach to mogło wkurzyć fotoamatora… Podczas weselnej chałtury robiłem wtedy jakieś cztery rolki filmu, czyli jakieś 140 zdjęć – i dopiero z nich wybierało się te, które zobaczy klient… Czyli może to zwykła zazdrość?

A może mówił o fotografii w sposób, którego wtedy nie rozumiałem? Ani słowa o sprzęcie, o materiałach, żadnych technicznych porad, żadnych sztuczek i patentów. Może uznałem go za chytrego sukinkota?

Na szczęście film dokumentalny o Tomaszewskim można kupić na krążku DVD razem z jednym z branżowych miesięczników i na spokojnie obejrzeć sobie w domu. Zobaczyć gościa, który nie rozstaje się z aparatem – nie dlatego, że to jego praca ale dlatego, że fotografowanie to dla niego świetny pretekst do poznawania świata i ludzi, którzy chyba w fotografii interesują go najbardziej.

Cieszę się, że zobaczyłem ten film. Może dzięki temu w końcu uda mi się zrobić jakiś portret? Ostatnie, jakie mam w dorobku, powstały jeszcze na kliszy…