Brydż mnie jakoś nigdy nie pociągał, choć okazji i chętnych do nauki i grania nie brakowało… Zawsze wydawało mi się, że to igranie z ogniem – coś takiego, jak rozpoczęcie niewinnej pogawędki o polityce przy świątecznym stole w rodzinnym gronie. Okazuje się jednak, że można spokojnie, na wesoło – i że brydżowe żarciki nie zmieniły się od czasów mojego pacholęctwa, kiedy to w niedzielne poranki zdarzało mi się zastawać rodziców kończących właśnie ostatnią partyjkę przy zielonym stoliku.