Jakże żałuję, że nie zacząłem od Obrony!  Chwila nieuwagi i sam sobie strzeliłem w stopę, bo niestety wiem kto przeżyje, kto jest kim, jak się ułożą niektóre relacje i generalnie – jak się ta cała czterdziestoośmio godzinna afera zakończy, choć wątki i tak układają się w niezwykły supeł…

Steve Cavanagh nie marnuje papieru – od razu rzuca w środek akcji, bez marudzenia, tłumaczenia i wprowadzania czytelnika w „okoliczności przyrody” przystawia swojemu bohaterowi lufę do pleców i ubiera go w płaszcz z wszytą bombą, którą ma wnieść do sądu. Na nic tłumaczenia, że on już nie praktykuje, że nie chce być prawnikiem, że przez ostatni rok walczył z nałogiem. Co gorsza – zakładniczką rosyjskiej mafii jest dziesięcioletnia córka Eddiego Flynna. Na razie myśli, że porywacze to ochroniarze, których przysłał ojciec…

Wydaje się, że ma „tylko” podłożyć bombę i zlikwidować niewygodnego dla mafijnego bossa świadka, ale okazuje się, że sprawa ma drugie dno. I jeszcze trzecie. A może i czwarte? Akcja jest naprawdę wartka, narracja niezła, postacie zróżnicowane, a więc rozpoznawalne i choć czasem nieco widać, że autor nie konsultował swoich wyobrażeń o współczesnej technice z zawodowcami, to przecież nie jest to fabularyzowany dokument, tylko rozrywka: prawniczy thriller, od którego ciężko się oderwać i który… szybko się zapomina.

Adam Bauman znów stanął na wysokości zadania jako lektor, ale tłumacz… Czy naprawdę wśród ławników czy publiczności siedział Hiszpan i Chińczyk? A może jednak Latynos i Azjata? Dobrze, że Zarzut tłumaczył ktoś inny… Jakoś nie mieści mi się w głowie, że autor walnął takiego babola, a redakcja to puściła.