– Zamknąłeś pan dach, panie Mareczku? Się pan tak nie fochaj, z troski pytam – gablotę masz pan jak ta lala, szkoda by było na akwarium przerobić… Na burzę się ewidentnie zbiera, więc gospodynie okna zamykają, pranie ściągają ze sznurków – normalna rzecz, wydawałoby się. Widać w PZPN nie dobry gospodarz, tylko gospodyni potrzebna jest, żeby o sprawach przyziemnych myśleć i pamiętać. Nie rób więc pan takiej miny obrażonej, tylko zatrzaśnij szyberdach w taksóweczce, bierz kanapki i termos i chodź pan na ławeczkę. Pogadamy…

Wiem, żeś pan wściekły jest – też bym był, gdyby mi pańska dniówka koło nosa przeszła. Swoją drogą trzeba być człowiekiem wielkiej wiary, żeby poświęcić cały dzień na sterczenie na stadionie z nadzieją, że nasza reprezentacja coś ciekawego pokaże. Coraz pewniejszym mi się wydaje, że na żadną reprezentację liczyć nie można – ani tę w sejmie, ani w magistracie, ani już tym bardziej na piłkarskim boisku. Także podziwiam, podziwiam…

Myślę tak sobie, że kierownictwo naszego basenu powinno zareagować jakoś na tę sytuację. Przynajmniej niech opracują jakiś plan awaryjny na wypadek, gdyby faktycznie pomysł na Basen Narodowy okazał się wykonalny. Może trzeba by wtedy u nas basen czarnoziemem zasypać i choćby jakiegoś mini golfa zorganizować? No bo z taką konkurencją to my już szans nie mamy, nikt chyba do nas kąpać się nie przyjdzie… Tam, to panie szanowny, regaty by można urządzić, albo jakieś zawody surfingowe – jeśli kibicom się uda porządna meksykańska fala. W sumie jedyna nasza nadzieja w tym, że uprawa ryżu będzie bardziej opłacalna w tym miejscu.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – ze stadionowej wtopy ucieszyli się stołeczni restauratorzy, hotelarze i tak ogólnie – branża rozrywkowa, w tym również ta z szarej strefy. Przynajmniej trochę dewiz w kraju zostanie, kto musi – podatki zapłaci i może nam w końcu drogę do stolicy poszerzą? Bo chciałbym poinformować pana wojewodę, że u nas wbrew obiegowej opinii już się ziemniaków masowo nie uprawia, także po świeże frukty oraz inne dobra luksusowe to trzeba do supermarketów w Warszawie jeździć – a jest ciężko, sam pan wiesz! Będzie pewnie jeszcze ciężej, bo nasi kochani radni walczą ze sklepami o powierzchni niewiele większej od ich salonów, żeby ratować drobnych kupców. Okazuje się, panie Mareczku, że oni reprezentują w radzie sklepikarzy, a nie mieszkańców!

Zastanawiam się od przedwczoraj, czy da się otworzyć dach nad tą salą, gdzie się rada miasta zbiera… Może by ich troszkę orzeźwiło?