– No co się pan tak wytrzeszczasz, panie Mareczku? Kebabem się pan zadławiłeś, czy co? Aaaaa, że dresik mam nowy… Nie dziwota – idzie zima, trzeba zadbać o ciepłotę ciała. Przyciąłem parę groszy na parkingu pod cmentarzem w święto, to i zainwestowałem w przyszłość… Akurat dostawa była w lumpeksie. Co, zły? Młodzież teraz w takich śmiga po dzielnicy! No fakt – młodzieżą to ja już dawno nie byłem, ale ciuch mało styrany, ciepły, z gumeczką – to kupiłem… Że za krótki na mnie? Ale za to za szeroki, więc się wyrównuje! Co się pan dziwisz? W Strachówce też tak drogę zbudowali: za szeroka nieco była, więc im materiału nie wydoliło i za krótka im wyszła! Tylko że oni zaczęli zwężać i same nieszczęścia z tego wynikają, więc ja wolę chodzić w takim za szerokim i za krótkim, ale ciepłym. Tramwaju się pan czep, albo swojej baby – ja pańskiego kaszkietu z darów dla powodzian nie komentuję…

No już, już – nie fochaj się pan, nie będziemy się jak gimnazjalistki o szmaty obrażać chyba. Lepiej powiedz pan, co tam w pańskiej branży – słyszałem, że burmistrz rozwiązał kolejny problem? No jak to jaki – komunikacyjny! Miał być węzeł i nie ma, więc załatwił sprawę jak ten Aleksander Macedoński, co to mu się nie chciało motać z jakimiś supełkami, tylko ciachnął mieczem – i po sprawie. Po co się męczyć? Toż to do tego węzła to by trzeba było ze dwa kilometry drogi budować: znowu jakieś przetargi, konkursy, terminy, zima zaskakująca drogowców, pismaki się czepiają o jakieś szczegóły. A tak: nie ma węzła – nie ma tematu.

I jeszcze można zwalić winę na wicemarszałka i go publicznie obsztorcować, że nie przypilnował sprawy. Widzisz pan? Warto się edukować – podstawy spychologii urzędowej pan znasz i od razu dwie pieczenie na jednym ogniu skwierczą. Wszystko to się ładnie uzupełnia i pokazuje, że jest pomysł na gminę w magistracie.

W Ossowie jakąś nową instytucję powołują, jakieś muzeum, skansen bojowy i takie tam. I to by się zgadzało – z tym paskiem asfaltu do stolicy to my tu tylko na gości na skanseny łasych możemy liczyć.

Wiesz pan, panie Mareczku – im częściej o tych politycznych sprawach myślę, tym częściej mi się ta scena ze starym Kacperczakiem przypomina sprzed paru lat, co to w zimie takie roztopy były i nie mógł tym swoim dużym fiaciną z parkingu wyjechać, bo mu się łyse gumy ślizgały. Chodził po podwórkach, stękał, jęczał, aż się nas paru chłopa zebrało i na bagażnik naparło. Jak tylko asfaltu kawałek załapał, to ruszył z piskiem – ani się obejrzał, a myśmy wszyscy nosami w błoto klapnęli i tak zostali.

Coś tak czuję, że z niejednym rajcą u nas w mieście podobna jest sprawa…