Byłem troszkę zagubiony, kiedy kilka tygodni temu przeczytałem gdzieś w sieci pierwszy komentarz dotyczący „Sezonu burz” – komentator (no bo przecież nie czytelnik, było jeszcze przed premierą) był oburzony (nomen omen) faktem, że Sapkowski go oszukał, bo obiecywał, że do Wiedźmina już nie wróci. Zamknięty rozdział, te sprawy. Już wiedział, że odgrzewane kluchy, że skok na kasę czytelników, że cudownie ożywiony, że to miałkie. Generalnie – zło

Nie był to jedyny sieciowy maruda… Nie wiem, jaką opinię mają malkontenci po lekturze i, szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Kupiłem książkę, bo ebooka nie ma i pewnie prędko nie będzie, przeczytałem i jestem kontent. Dostałem wszystko, czego się spodziewałem: znajome postacie, błysk stali i dziewki wszeteczne skropione piwem, wartką akcję i nadzieję na kolejne 400, 600 a może i 1000 stron wiedźminowych przygód. Kupując płytę AC/DC nie spodziewam się bluesowych evergreenów w wyszukanych aranżacjach na obój i waltornię, oglądając „Szklaną pułapkę” nie oczekuję wzruszających scen na tle zachodzącego słońca. Jedyne, czego oczekiwałem po „Sezonie burz” to stary, dobrze znany bohater w świetnej formie.

Kłam, Andrzej, kłam!