Dziś w dobrym tonie jest wspominać z pogardą czasy, kiedy obywateli przymuszano do uczestniczenia w obchodach różnych świąt państwowych – zwłaszcza w pierwszomajowych pochodach. Oczywiście żaden z „pogardliwych wspominaczy” na takim pochodzie nie był – w czasach szkolnych uciekał na wagary a późniejsze pochody zakładowe bohatersko olewał i jechał na ryby, bo zaczynał się akurat sezon na szczupaka. Dziwna sprawa, bo na zdjęciach z tych czasów zawsze są tłumy…

 

Ja nie byłem bohaterem – zdaje się, że w ostatnich latach ośmioklasowej jeszcze wtedy podstawówki zdarzyło mi się nawet współtworzyć jakąś ambitną, styropianową scenografię do takiego pochodu w ramach zajęć praktyczno-technicznych. Czy to był zarys traktora czy gołąbek pokoju – nie pamiętam, wybaczcie. Potem, w doroślejszym nieco życiu pochody nie były już modne, bo „przewodnia siłą narodu” się zmieniła – i nie zostałem męczennikiem.

Zmieniły się czasy, zmieniły się też obowiązkowe przyjemności: teraz czas na firmowe „jajeczka” i wigilie. Jeśli nasza aktywność życiowa ogranicza się do ośmiu godzin pracy i wieczora przed telewizorem, to pół biedy – musimy przemęczyć się na jednej tylko firmowej imprezie. Gorzej, jeśli nieleczone ADHD nie pozwala usiedzieć w miejscu i udzielamy się w jakichś stowarzyszeniach, klubach czy innych – formalnych lub nie – organizacjach… Ciężko o szczere życzenia i naturalne uśmiechy w grupie ludzi, których często nie znamy z imienia, a czasami mamy do nich prawdziwą, od lat pielęgnowaną niechęć z powodu jakiegoś zatargu z ubiegłego wieku. Jest sztywno i niezręcznie… „No to, ten, tego – zdrowia, szczęścia… pociechy z… a, fakt – ty nie masz dzieci”!

To oczywiście nie jest zasada ani norma – może być miło, jeśli potrzeba takiego spotkania jest szczera, a ludzie sobie bliscy. Kiedy tak jest? Mam prosty wyznacznik na własny użytek – jeżeli życząc komuś tego oklepanego „spełnienia marzeń” wiem, o jakie marzenia chodzi, to jestem na Wigilii. Jeśli nie, to jest to tylko „wigilia” – krępujące spotkanie ze śledziami z promocji. Im więcej tych ostatnich, w cudzysłowie, tym większe jest ryzyko, że ta prawdziwa, domowa, wzruszająca, pachnąca choinką i makowcem Wigilia też straci nagle swój czar i urok.

Bo barszczyk w pracy był jakby lepszy.