Kusiło mnie, żeby wykpić się z wyzwania tego tygodnia jakimś archiwalnym zdjęciem. Nie mam tego wiele, ale jakiś świt w Muzeum czy Grabiczu kiedyś już cyknąłem… Trafiła się jednak okazja – przymusowa pobudka przed piątą. Szybka decyzja, kanapka z pasztetem podlaskim jak na prawdziwego trapera przystało i w drogę! Ciężko wyczuć odpowiedni moment na zdjęcia o tej porze, nie zadbałem o sprawdzenie godziny wschodu słońca ani określenie miejsca, w którym pojawi się nad horyzontem, więc wymyśliłem sobie dobre miejsce „na czuja”. Dawno tam nie byłem – woda w okolicach Grabicza podniosła się w ostatnich latach, cześć ścieżek zniknęła pod wodą, wiele prowadzi donikąd, więc od dawna nimi nie chodzę.

Zdążyłem na czas, ale po chwili słońce było już na tyle wysoko, że światło nie wydawało się szczególnie interesujące… Gdyby nie spotkanie z zającami, które miały miny jakby zaspały pierwszego dnia do nowej roboty, sarnami, którym przerwałem śniadanie i dzikiem, który brał poranną kąpiel w błocie właściwie byłbym rozczarowany tym spacerkiem. Trafiłem też na liczne dowody obecności łosi (niezbyt fotogeniczne) oraz jeden ludzkiej głupoty. Nie wiem, co ten głąb miał we łbie, może łosiowe bobki, ale w kieszeni niestety miał zapalniczkę. Na szczęście było chyba dość wilgotno…