Księżniczka Leia była tylko inspiracją, od której zaczęła się wczorajsza zabawa światłem. Dziabnęliśmy jakieś 150 zdjęć w różnych przebrankach, ale akceptację modelki zyskały właściwie tylko te „starwarsowe” portrety. Mimo tego, że dostrzegam w każdym z nich masę moich błędów i niedopatrzeń, to cieszę się z tej sesji, bo było w niej to, co najważniejsze w fotografii: dobra zabawa. Dzięki, dzieciaku!