Zawsze szybko odbieram paczki z paczkomatu – w końcu dlatego wybieram tę formę doręczenia, że zależy mi na czasie i wygodzie. Mało brakowało, a przeoczyłbym bonusik przy ostatniej dostawie – zazwyczaj nie wczytuję się w informacyjne maile i SMS-y, ale tym razem wpadło mi w oko znajome logo Audioteki, więc odebrałem paczkę, zarejestrowałem się na stronie promocji, odebrałem kod i… okazało się, że mam do wyboru Grand Wiśniewskiego, Ziarno Prawdy Miłoszewskiego i Steve Jobs Isaacsona. Muszę przyznać, że pobrałem Ziarno prawdy tylko dlatego, że toleruję jedynie biografie muzyków, zaś Wiśniewskiego nie toleruję wcale. Tak mam.

Początek był trudny – w głosie Roberta Jarocińskiego od początku pobrzmiewała jakaś niczym nie uzasadniona złość, z którą cedził kolejne zdania. Poznając z każdą minutą lepiej Teodora Szackiego troszkę tę manierę zrozumiałem, ale nie zmienia to faktu, że warto popracować nad rozróżnieniem tonu między narracją a dialogami, między scenami łóżkowymi a prosektoryjnymi, między opisem nocnego dłubania w sandomierskich archiwach a relacją z manifestacji neonazisów pod komisariatem. Poza tym dykcja świetna, głos przyjemny i widać, że się lektor starał: bliżej końca historii zaczął już nawet podejmować śmiałe próby nieco bardziej teatralnego odgrywania scenek. Zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo po kilku godzinach oswajania słuchacza ze swoim ociekającym żółcią głosem efekt był… troszkę komiczny.

Zygmunt Miłoszewski jako autor pozytywnie zaskoczył mnie pod każdym względem: podobała mi się konstrukcja fabuły i tempo oraz sposób jej prowadzenia, ujął mnie odważnym podejmowaniem trudnych, polsko-żydowskich tematów, bez omijania Żołnierzy Wyklętych. Przypadł mi do gustu cyniczny, inteligentny, trochę przegrany i zdystansowany stołeczny prokurator Teodor Szacki na gościnnych występach na sandomierskiej prowincji. Lakoniczna narracja trzymała w napięciu od początku do końca i tylko żałuję, że nie natknąłem się na kryminały Miłoszewskiego wcześniej i że nie czytałem Ziarna prawdy w wersji elektronicznej, bo zapewne miałbym już zapisane kilkadziesiąt cytatów.

Najzabawniejsze jest to, że mimo grubych przerysowań i dosadności języka, mimo nieustannej szyderki z Ojca Mateusza i systematycznego pozbawiania Sandomierza uroku miasta z pocztówkowych obrazków mam teraz jeszcze większą ochotę na fotograficzną wycieczkę. W mojej głowie stał się miastem z charakterem, z przeszłością, z jakąś tożsamością.

Nie wiem, czy Zygmunt Miłoszewski mógłby się skumplować z Lee Childem, ale Teodor Szacki zapewne przypadłby do gustu Jackowi Reacherowi. Pewne jest tylko to, że obydwaj amerykanie muszą się nieco posunąć i zrobić miejsce dla polskich kolegów na półeczkach z moimi ulubionymi autorami i bohaterami.