No i proszę – okazuje się, że literatura czeska jest moją ulubioną. Tak statystycznie… Czytałem pewnie ze trzy książki czeskich autorów, w tym Losy dobrego żołnierza Szwejka czasu wojny światowejAleję Narodowąi wszystkie mi się podobały. Rybia krew jest tą trzecią – niby zwykła, nieco rozwlekła, prowincjonalna obyczajówka, ale wciągnęła.

Może dlatego, że jej tłem jest utrata małej ojczyzny – wioski nad brzegiem Wełtawy, która ma zostać wysiedlona w związku z budową elektrowni atomowej? Biorą mnie takie lokalne tematy, nie da się ukryć… A może spojrzenie na ten mikroskopijny światek oczami dorastającej nastolatki, która w przeciwieństwie do większości bliskich jej osób nie godzi się na te odcięcie od korzeni i walczy do końca, chociaż do wioski nie dojeżdża już autobus, nie dociera listonosz, nie ma prądu?

Wydaje się, że to bardzo pesymistyczna historia, ale Jiří Hájíček od początku daje czytelną informację, że wszystko skończy się dobrze – narratorem w tej historii jest dorosła już Hana powracająca w rodzinne strony po kilkunastoletniej tułaczce po świecie aby wyjaśnić tajemnice przeszłości i odbudować rodzinne więzi z surowym i gwałtownym ojcem, odnaleźć brata, jeszcze raz spojrzeć w oczy przyjaciołom. Okazuje się, że odcinające ją od korzeni wydarzenia z przeszłości na dłuższą metę wyszły jej na dobre – zwiedziła kawał świata, zbudowała udany związek, prowadzi nieźle prosperujący hostel.

Gawędziarski styl nie nudzi dzięki wielowątkowości, postacie są rozpoznawalne i dość wyraziste, przedstawione na tyle obiektywnie, że budzą raczej sympatię lub przynajmniej zrozumienie – nawet pomimo konfliktów, wokół których zbudowana jest fabuła. Daje to wrażenie pewnego rozleniwienia, zmusza do mimowolnego wzruszenia ramion w obliczu problemów, nad którymi drugoplanowi bohaterowie tej powieści też jakoś nie mają ochoty się pochylić…

Nie wiem, ile prawdy jest w stereotypie uległego Czecha, którego reakcją na najbardziej nawet wstrząsające wydarzenie jest otwarcie kolejnego piwa – nie znam żadnego. Historia współczesna wydaje się potwierdzać tę bierność, a może tylko pragmatyzm i trzeźwą ocenę sytuacji przez naszych południowych sąsiadów. Hájíček wprawdzie skupia się na zbuntowanych jednostkach, ale finalnie nie daje im nawet wrażenia zwycięstwa w tej nierównej walce: elektrownia powstaje, wieś znika z map, „ostatni Mohikanie” dożywają swoich dni w blokach lub przechodzą na „ciemną stronę”.

Dziwne jest tylko to, że mimo wszystko Rybia krew wprowadziła mnie w pogodny nastrój. Może troszkę tylko sentymentalny…