Do niedawna Rumunia kojarzyła mi się właściwie wyłącznie z backgammonem i dominem, które są ponoć niezwykle popularne wśród tamtejszych emerytów przesiadujących całymi dniami przy planszach i stolikach. I z Rummikub – bo właśnie w Rumunii powstała ta gra.  No i z od tygodnia mam też świadomość istnienia w tym kraju kinematografii – może nie jakiejś światowej, ale na pewno potrafią tam zrobić dobry serial kryminalny.

Relu Oncesc jest taksówkarzem – a właściwie robi wszystko, żeby być postrzeganym jako taksówkarz przez rodzinę. Nieco „na boku” solidnie sobie dorabia pracując jako egzekutor długów dla lokalnego gangstera, Căpitanu, przed którym z kolei ukrywa istnienie rodziny… Niestety, kiepsko mu to wychodzi – syn szefa, w którym Relu ma obudzić twardziela, szybko odkrywa jego tajemnicę, a w dodatku zaczyna spotykać się z jego córką. Sytuacja robi się raczej komediowa, ale ani przez chwilę nie było mi do śmiechu!

Bukareszt bez makijażu, większość scen kręcona „z ręki”, znakomicie dobrani, wiarygodni aktorzy, fajna narracja – naprawdę nie mam się do czego przyczepić! Ta historia wciąga od pierwszego odcinka i choć jestem dopiero po trzecim, to już rozglądam się za kolejnym sezonem. Intryguje zwłaszcza główny bohater, który stara się jak może traktować swoje zajęcie jak zwykłą robotę, przez co chwilami sprawia wrażenie zupełnie wypranego z uczuć, ale… to tylko chwile. To po prostu zwykły facet, który dałby się pokroić za żonę i dzieci, ale nie bardzo potrafi im to okazać.

A, właśnie – w Rumunii lubią też Triles! Coraz bardziej lubię Rumunów…