Czasem wydaje mi się, że urodziłem się za późno, że ominęło mnie wszystko to, co w kulturze najbardziej mnie kręci. Żałuję, że nie byłem nastolatkiem w drugiej połowie lat 60., że nie urodziłem się choćby w Holandii. Tyle dobrej muzyki, filmów i książek miałbym szansę poznać „na świeżo”, w dniu premiery, w odpowiednim kontekście… Piotr Szarota miał pomysł, jak dać mi tego namiastkę.

Autor zna się na rzeczy – jest specjalistą w dziedzinie psychologii kulturowej, a jego książki poruszają zagadnienia z dziedziny psychologii, socjologii i kulturoznawstwa. O jego tytułach naukowych i literackich laurach można sobie poczytać w internecie, ale w pierwszej chwili nie zachęca to do lektury takiego szaraczka jak ja… Pewnie bym po Londyn 1967 nie sięgnął, bo w końcu co o tym miejscu i czasie może wiedzieć warszawiak urodzony w 1966 roku, ale książkę dostałem w prezencie. Dziś wiem, że na pewno jeszcze kilka książek Szaroty przeczytam.

Nie jest to lektura porywająca – troszkę jak w książce telefonicznej wielu tu bohaterów, ale niewiele akcji. Osoby zupełnie nie zainteresowane np. początkami muzyki rockowej czy szeroko pojętej kontrkultury tamtych lat raczej nie dobrną do końca i zagubią się w gąszczu nazwisk, tytułów i wydarzeń, ale jeśli trafi się czytelnik, który co nieco o Hendrixie, Beatlesach, Polańskim czy Kubricku wie, to z pewnością doceni stworzony „lekkim piórem” portret epoki. Wycieczka po klubach, salonach, salach koncertowych i wystawowych, ba! – po sklepach z ciuchami brytyjskiej stolicy sprzed pięciu dekad daje znakomity obraz czasów, w których świat usłyszał o paru moich idolach…

Ciekawa jest sam koncepcja książki podzielonej na dwanaście rozdziałów, będących kolejnymi miesiącami 1967 roku. Autor nie ogranicza się jednak do wydarzeń z tego tylko roku – przedstawiając najważniejsze postacie Londynu lat 60. sięga daleko w ich przeszłość i wybiega w przyszłość nie oszczędzając papieru, przedstawia relacje pomiędzy nimi, omawia twórczość.

Nie cofnę się w czasie do epoki Flower Power, ale dzięki Szarocie stała się dla mnie bardziej zrozumiała, czytelna – po prostu bliższa, za co mu jestem dozgonnie wdzięczny.