Baszni

Pogoda jest wyjątkowo sprzyjająca – dziś pewnie wiele osób pochyla się nad planszą. Może warto to zrobić nad zwykłą szachownicą? Baszni o starorosyjska gra planszowa rozgrywana przy użyciu standardowego zestawu warcabowego. Nawet początkowe ustawienie i sposób poruszania się bierek są identyczne… Na tym jednak podobieństwa się kończą. Czytaj dalej „Baszni”

Jazz w lesie

Mieliśmy jechać tylko na Łobaszewską, ale w końcu załapaliśmy się też na Tamarę Raven i jej interpretacje standardów nie tylko jazzowych, Old Timers – założony w 1965 roku zespół jazzu tradycyjnego złożony z zażywnych i energicznych jegomości, od których wciąż mam zakwasy mięśni uśmiechowych oraz oczywiście wspomnianą Grażynę Łobaszewską z zespołem Ajagore. Wspaniały wieczór! Czytaj dalej „Jazz w lesie”

Gdzie moje kimono?

Nasza znajomość zaczęła się kiepsko – od awantury. Takiej z krzykami. Nie bardzo się tym przejąłem – i bardzo dobrze, jak się okazało już dzień później, kiedy to wyjaśniliśmy sobie kilka spornych kwestii i zaczęliśmy dość intensywnie współpracować. Nie było to trudne, bo pracowaliśmy razem w kobyłkowskim MOK-u. Miałem nawet krótki epizod jako uczeń Renaty – chyba jakieś dwa lata turlałem się w kimonie po starych matach z pełną świadomością, że robię to czysto hobbystycznie, bo zawodnikiem to już nigdy nie będę. Zresztą – mam jakąś niechęć do bicia ludzi po twarzach. Jakieś judo, zapasy, grappling, sambo – chętnie. Ale kolegę w twarz?! Czytaj dalej „Gdzie moje kimono?”

Hibnerowo

Zdzieram oponki śmigając po wołomińskich dzielniach w poszukiwaniu odpowiedniego lokalu dla grupki przyjaciół-sportowców, a przy okazji nieraz dziabnę kilka kadrów… Tym razem osiedle, które (o ile pamiętam) budowano jako Hibnera, a oddano do użytku jako Niepodległości. Mylę się? Może… „U nasz” na Lipińskiej mówiło się, że to osiedle Hitlera. Albo, co gorsze „Chamburk”. Że niby same chamy i burki. Czytaj dalej „Hibnerowo”

Szpitalna manifa

Miałem silne postanowienie i długa listę. Mam je nadal – postanowienie nie osłabło, a lista nie skróciła się zbytnio. Chciałem wykorzystać nieco wolnego czasu i przy sprzyjającej pogodzie zdokumentować fotograficznie Wołomin. Nie idzie mi to zbyt sprawnie, ale mam usprawiedliwienie – pogoda nie sprzyja, więc udało mi się tylko kilka sesyjek osiedlowych. Dziś dla odmiany postanowiłem przymierzyć się do bryły szpitala powiatowego na tle błękitnego nieba, ale przeszkodził mi… Hitler. Czytaj dalej „Szpitalna manifa”

W zamierzchłych czasach zdarzyło mi się założyć i prowadzić serwis Wirtualny Wołomin – początkowo informował o najróżniejszych lokalnych aktywnościach kulturalnych, później zahaczył nieco o historię miasta, twórczość „lokalsów”, obrósł w forum dyskusyjne i… umarł. Przestał być potrzebny  po kilku latach, kiedy założenie własnej strony czy bloga stało się proste i tanie. Po kilku miesiącach urlopu powstał Dawny Wołomin, ale to już zupełnie inna historia. (więcej…)

Ultra Montana

Nie mam pojęcia, skąd na mojej półce wzięła się ta książka. Prawdopodobnie trafiłem ją na jakimś kiermaszu i była po prostu tania i dość gruba. Kupiłem zwyczajnie z ciekawości, bo jej autor, Witold Horwath, absolutnie z niczym mi się nie kojarzył. Okazało się, że rację ma stare przysłowie – ciekawość to pierwszy stopień do piekła… Czytaj dalej „Ultra Montana”

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑