Od kilku dni robię wszystko, żeby nie widzieć przydrutowanych do słupów i latarń efektów pracy fachowców od photoshopa. Nie jeżdżę samochodem, na rower zrobiło się jakoś za zimno, więc nie ograniczają mi szczególnie widoczności na drodze, choć ostatnio przypaskudziłem czołem o wizerunek jakiegoś typa w kupionym na kredyt garniturze. „Trzeba było uważać” – jak mawiał Henryk Kwinto.
Miałem nadzieję, że przetrwam spokojnie ten trudny dla mieszkańców czas bez niepotrzebnych nerwów, ale dziś napadł mnie „markieting bezpośredni”. Ktoś się najwyraźniej naczytał mądrości z czasów Kennedy’ego i uznał, że rączki trzeba wyborcom ściskać. Trudno.
Kiedy gość zadzwonił do furtki uznałem po wyglądzie, że będziemy rozmawiać o Bogu. Wystrojony jak woźny w Dzień Nauczyciela, uśmiechnięty, troszkę chyba jednak niepewny siebie, Niby był sam, a to nietypowe, ale wyjrzałem. „Mam dla pana list od burmistrza” – zażył mnie takim chytrym „chłytem”. Dałem się zwabić do furtki mimo tego, że już z daleka było widać, co to za list. Szybciutko uświadomiłem młodzieńcowi, że listy to się pisze (a przynajmniej podpisuje) ręcznie, a nie zleca drukarni. Widać szkolony był, bo nie dyskutował. Szybciutko zaznaczył, że dzięki temu „listowi” mogę się zapoznać z dokonaniami obecnie nam panującego burmistrza.
Słaby tekst. Zakłada, że nie znam tych spektakularnych osiągnięć, bo mam samorząd w głębokim poważaniu lub… że są one tak marne, że nikt o nich nie wie, skoro w listach trzeba o nich pisać. Żeby nie przedłużać niezręcznej sytuacji zabrałem liścik i wycofałem obiecując, że zachowam go na pamiątkę tej kadencji. Okazał się dość krótki…
Póki co największych emocji związanych z wyborami samorządowymi dostarcza mi pewien okolicznościowy blog…
