Child, Reacher – jestem rozczarowany!

Kryminały Lee Childa były dla mnie od dłuższego czasu odtrutką na kiepskie lektury, które wpadały mi w ręce. Na przeintelektualizowane wspomnienia, rozwlekłe fantasy, propagandowe political fiction i skandynawskie sensacyjki. Jack Reacher był mi opoką: niezmiennie skuteczny, lakoniczny i logiczny. I niby taki pozostał, ale…

Wydawało mi się, że przeczytałem już wszystkie części przygód tego sympatycznego osiłka, ale jakiś czas temu odkryłem jeszcze dwa tytuły, o których nie miałem pojęcia. Jakoś mi umknęły… Postanowiłem zrobić sobie przyjemność i nie czekając na zgagę po słabych tytułach połknąć je obydwie. Nie wiem teraz, czy przedawkowałem, czy trafiły mi się jakieś zakalce?

Nic do stracenia właściwie wydaje się być historią do uratowania, choć męczy troszkę terytorialne ograniczenie: cała akcja dzieje się w dwóch sąsiadujących ze sobą miasteczkach w Kolorado, otoczonych pustynią. Do przyjęcia. Miasteczka nazywają się Nadzieja Rozpacz, co już zaczyna budzić pewien niepokój… Reacher zostaje dość bezceremonialnie wygnany z Rozpaczy pod pretekstem włóczęgostwa, co go oczywiście wkurza i postanawia dowiedzieć się, dlaczego miejscowi tak nie lubią gości. Oczywiście dowiaduje się rzeczy strasznych, właściwy porządek rzeczy pomaga mu przywrócić dobra i atrakcyjna policjantka z Nadziei, seks jest udany i niezobowiązujący, a na koniec… Dobra, nie wygadam się, ale końcówka wydaje się wyjaśniać, dlaczego w ekranizacji wystąpił Tom „Kurdupel” Cruise. To jest bardzo w jego stylu…

Generalnie – tytuł wydaje się być do uratowania i mam podejrzenia, że to jednak wina tłumacza. Kiedyś to sprawdzę – zrobię swój prywatny ranking kolejnych tomów i sprawdzę potem, kto je tłumaczył. Teraz nie mam czasu, ale za to mam gorączkę.

Podejrzanego za to nie uratuje żaden tłumacz. Postacie w tej historii tak odbiegają od schematów Childa, że chyba po pierwszym rozdziale wiedziałem, kto i jak zabił – nie wiedziałem tylko, dlaczego… Kilka spektakularnych akcji Reachera pojawia się w tej historii chyba tylko z przyzwoitości – chłopina przechodzi kryzys. Mieszka w wielkim mieście, ma dom, samochód i masę innych, niepotrzebnych rzeczy. Na szczęście bawiąc się w lokalnego bohatera znów pakuje się w kłopoty, co wydaje się go uspokajać.

Zniósłbym jakoś to wszystko, gdyby nie jakość ebooka: co jakiś czas samotne „i” stawały się w nim jedynkami, a każde wolne „o” – zerem. Ktoś to skanował z książki i obrabiał freeware’owym OCR-em?

Odtrutką na to rozczarowanie okazał się Warren Ellis i jego Wzorzec Zbrodni. Jestem w 1/3 i podoba mi się jego cyniczne poczucie humoru, dosadność i lakoniczność. Gość napisał całą jedną książkę, ale za to ma na koncie chyba kilkadziesiąt scenariuszy komiksowych – i to się czuje! Jego Manhattan to miejsce, które wolałbym omijać szerokim łukiem.

Autorem zdjęcia jest Mark Coggins.

Dodaj komentarz logując się przez FB lub Twetter

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: