Teatr przy Fabryczce nie miał na ten wieczór żadnego pomysłu, nawet zarysu scenariusza, a jednak obronił się bezdyskusyjnie. Monika i Ania rzuciły swoich młodych aktorów na głęboką wodę: w kilkunastu scenkach błyskotliwie improwizowali na tematy, które podrzucała publiczność. Mało tego – udało im się tę publiczność wciągnąć do zabawy! Szkoda tylko że mnie się nie udało trafić z balansem bieli…

Kolorki wyszły mi jak na slajdach ORWO z lat 70. i nie umiem ich „wyprostować” bez nadania tym kilkunastu kadrom dziwnego wrażenia sztuczności. Udam więc, że tak miało być, że taki właśnie mam styl – i że pracowałem nad nim latami. Może ktoś się nabierze?