Hiphop ponoć narodził się w latach siedemdziesiątych w Nowym Jorku, więc wprawdzie nie jesteśmy ziomalami, ale rówieśnikami – jak najbardziej. Może to dlatego wpuścili mnie na tę imprezkę w wołomińskim skateshopie? Nieważne – wbiłem i mi pasowało. Nie tylko poczucie humoru Albiego, który zafundował mi jutrzejsze zakwasy kaloryfera, ale i niegłupie teksty Hermana i całkiem poważne historie, które przekonująco opowiedział Jandzin. A że słuchaczy było tylko kilku? Kogo to? Mam nadzieję, że następnym razem też mnie nie pogonią…