Trochę żałuję, że rzuciłem się na Gniew  z takim zaangażowaniem, że nie sączyłem go wolniej i nie wystarczył mi na dłużej. Stało się, skończyłem – ale to nie moja wina, teraz widzę to jasno i wyraźnie!

Prokurator Szacki wylądował w Olsztynie, dzięki czemu Miłoszewski może znów pastwić się nad jakąś architekturą, miejscową mentalnością, trudną historią kolejnego miejsca. Sprytne, ale czwarty raz już by to nie przeszło. Nie u mnie. To pewnie zabawne dla wielu czytelników, ale olsztynianie raczej mu za to pomnika nie wystawią – no, chyba, że na dnie jednego z jedenastu jezior w samych tylko granicach administracyjnych miasta…

Nowe miejsce – nowy związek. Kupuję ten fakt, ale tu się Zygmunt jakoś szczególnie nie przyłożył… Poprzednie partnerki prokuratora były pełnoprawnymi bohaterkami drugiego planu, miały przeszłość, charakter, słabości. Żenia… no cóż – przypomina mi się stary i marny dowcip o typie, który przez całe życie zmieniał dziewczyny, wciąż szukając innej: najpierw inteligentnej, potem ambitnej, dowcipnej, namiętnej, i tak dalej. Czas leciał, ale gdzieś tak po czterdziestce gość wyznał: Teraz szukam dziewczyny z dużymi cyckami. Szacki znalazł, choć… nie dosłownie.

Nie powalają też inne postacie drugiego planu – mają imiona i nazwiska, funkcje i aparycję, ale jakoś nie budzą większych emocji. Są, bo Szacki musi pracować z jakimiś ludźmi, a autor „mylić pogonie”. Taka robota. Uwaga czytelnika skupia się przez to na kilku konkretnych postaciach i ogranicza krąg podejrzanych, pozostaje jedynie ustawić ich w odpowiedniej konfiguracji. Da się.

Na skutek tych spłyceń galopowałem przez Gniew szybciej, niż by wypadało, podążając wyłącznie za wątkiem kryminalnym i tracąc zapewne wiele „smaczków”. Niezwykle poruszający jest bowiem główny motyw tej historii, przyczyna wszystkich brutalnych morderstw: przemoc domowa, zarówno fizyczna, jak i psychiczna. Niepokojąco normalne, wręcz przeciętne rodziny ze stron powieści skrywają naprawdę mroczne tajemnice i po kilku rozdziałach zacząłem się podejrzliwie przyglądać każdemu siniakowi, który wpadł mi w oko. Tu się Miłoszewski wykazał wyczuciem i umiarem, znakomitym warsztatem i językową biegłością, jak zwykle zresztą. Dzięki nim również książkowy odwet wydaje się być kuszącym rozwiązaniem… Nie chcę psuć nikomu lektury, bo mimo moich narzekań przecież warto sięgnąć po tę książkę. To więcej niż tylko kryminał.

Gniew to dobry tytuł. Czułem go podczas lektury wiele razy, ale najintensywniej na ostatniej stronie… Zygmunt, tak się nie kończy, wiesz?