Z polską fantastyką bywa różnie – czasem olśniewa, często żenuje. Po 2049 Rafała Cichowskiego sięgnąłem przypadkiem, zmęczony nieco Morfiną. Odpocząłem.

Roberta Welkina, bohatera tej dość wciągającej historii poznajemy w cieplarnianych warunkach Ketry A – zamkniętego miasta marzeń, które zamieszkuje całe życie. Nie jest w tym mieście byle kim, należy do jego elit – można by rzec, że jest celebrytą, również dlatego, że autorem koncepcji miasta jest jego ojciec. Nie dane jest nam jednak zbyt długo pławić się z nim w luksusach… Szybka, nocna akcja oddziałów specjalnych, medialne widowisko i zesłanie za mury Ketry A zajmują zaledwie kilka stron powieści. Welkin traci wszystko: pieniądze, kontakt z przyjaciółmi, dostęp do swoich cyfrowych danych, pracę. Zaczyna wszystko od nowa w świecie, którego nie zna i nie rozumie. W naszym świecie – bo taki jest w przybliżeniu standard slumsów miasta marzeń, Ketry B.

Zaskakuje trochę tempo, w jakim nasz bohater wraca do towarzystwa finansowych elit: rejestracja w pośredniaku, jakieś testy, internetowa giełda pracy i świetna posada u Leonadra – wielkiej szychy świata szemranych interesów. Raz na wozie, raz w nawozie – jasna sprawa, ale tak szybko? Może to i dobrze – historia toczy się wartko, pojawiają się nieźle nakreślone sylwetki drugoplanowych postaci, jakiś miłosny wątek, jakiś tajemniczy szaman znający przyszłość i próbujący ją zmienić, poszukiwania ojca i tropienie spisku, nieuchwytny haker o niesamowitych zdolnościach włamujący się do systemów Ketry A, tylko… po co to wszystko? Mam wrażenie, że wciągająca narracja, intrygujące realia i zróżnicowani bohaterowie to dopiero tło do jakiejś historii, która dopiero się zacznie, że to wstęp do budowania świata do RPG, że za chwilę wydarzy się coś wielkiego, że poznam jakąś prawdę objawioną. Co ciekawe – czekałem na to do ostatniej strony…

Nie doczekałem się.