Chyba źle rozpoczęliśmy znajomość z Jackiem Hugo-Baderem… Nasłuchałem się masy pozytywnych opinii o jego twórczości, więc w ciemno kupiłem Skuchę. I co? I skucha…

To zapewne znakomity tekst, który niejednemu otworzy oczy na zwyczajny, ludzki aspekt działalności ludzi podziemia z lat 80. i 90. oraz ich postrzeganie przemian po 1989 roku. Wyjaśni się pewnie sporo powodów ich zaskakujących decyzji i wyborów. Nie raz czytelnik złapie się na spostrzeżeniu: Faktycznie – był taki gość! czytając kolejny smutny życiorys jakiegoś człowieka, który trzydzieści lat temu stał w drugim szeregu ówczesnych buntowników. No tak, tylko… trzeba być rówieśnikiem bohaterów baderowej opowieści, a ja nie jestem!

Mało który ze wspominanych w Skusze solidarnościowych działaczy odnalazł się w nowej rzeczywistości… Swoje żniwo zebrał alkohol, zachłyśnięcie się gospodarczą wolnością też chyba nikomu nie wyszło na dobre, prawie nikt nie zdołał ocalić małżeństwa przed rozpadem. Pozostał żal, rozgoryczenie, rozczarowanie polityką, czasem wręcz wstyd wynikający chyba z poczucia odpowiedzialności za efekty swojej działalności.

Intrygująca jest forma Skuchy i szorstki język, którym posługuje się Bader. Brak chronologii, liczne dykteryjki, cytaty i masa osobistych wątków kojarzą się z pogaduszkami przy butelce wódki z dawno nie widzianym kumplem, przez co wybacza się autorowi wszelkie niedomówienia i skróty myślowe, a pstrokaty patchwork wspomnień mimo wszystko wciąga – w końcu Hugo-Bader był częścią tej grupy. Ujęło mnie to, że o swoich bohaterach pisze raczej z troską – nie ocenia, nie wartościuje, próbuje zrozumieć. I chyba to właśnie dzięki temu wiem, że na pewno sięgnę po inne jego tytuły.

fot. Adam Kliczek, http://zatrzymujeczas.pl (CC-BY-SA-3.0)