Kilka dni temu w telewizorni natknąłem się na kultowy już chyba film Gry wojenne (WarGames) – film raptem dziesięć lat młodszy ode mnie, o nieletnim komputerowym hakerze i rozpętanej przez niego niechcący aferze, która mogła się zakończyć trzecią wojną światową. W kluczowym momencie programiści próbują zatrzymać uruchomiony przez superkomputer start rakiet z ładunkami nuklearnymi próbując wytłumaczyć elektronowemu mózgowi bezsensowność tego działania. Dokonują tego każąc mu analizować klasyczną grę w kółko i krzyżyk…

Wszyscy pewnie w to graliśmy w dzieciństwie z rodzicami albo starszym rodzeństwem i jako kilkulatkowie nie mogliśmy się nadziwić przebiegłości naszych rywali, dopóki nie odkryliśmy „systemu” – i wtedy gra momentalnie przestawała być atrakcyjna, a my robiliśmy pierwszy krok w „dorosłość”. Niektórym jednak pozostawał sentyment do tej prostej gierki – podobnie jak mnie do WarGames. Amerykanin Stephen Sniderman najwyraźniej miał taką słabość, bo postanowił urozmaicić nieco reguły, tworząc w 1981 roku Order and Chaos. Szybką partyjkę można rozegrać na kartce papieru w kratkę stawiając kółka i krzyżyki, ale jeśli pod ręką jest plansza 6×6, to dlaczego z niej nie skorzystać?

Rozgrywka rozpoczyna się na pustej planszy, gracze na zmianę wykonują swoje ruchy umieszczając na po jednym pionku w swojej turze, ale… niekoniecznie w swoim kolorze. Jeśli grają na kartce papieru, mogą więc stawiać kółka lub krzyżyki. Dziwne? Może troszkę, bo gracze mają odmienne cele: jeden z nich dąży do „porządku”, czyli utworzenia linii z pięciu pionów w jednym kolorze w ciągłej linii (pionowej, poziomej lub ukośnej), zaś drugi wprowadza chaos, przeszkadzając rywalowi. Ruch jest obowiązkowy, piony nie zmieniają swoich miejsc, nie ma możliwości bicia. Jeśli pięciopionowa linia powstanie – zwyciężył „porządek”, jeśli nie ma jej na zapełnionej pionami planszy – wygrał „chaos”. Proste?