Właśnie sobie uświadomiłem, że statystycznie nikt chyba tak często nie doprowadzał nie do łez, jak Ania. Przepraszam – Anna. „Anią” była wtedy, gdy się poznaliśmy, a więc dobrych kilkanaście lat temu: drobna dziewczynka bez śladu tremy wyszła przed setki ludzi na wielką, pustą scenę i wypełniła ją śpiewem…

Łatwo się moczę, to prawda, ale Na imię mi Oskar w wykonaniu teatru Wprost widziałem chyba kilkanaście razy i zawsze, ale to zawsze ryczałem razem z Anią w ostatniej scenie, a to chyba nienormalne. Nie wiem, jak to robiła… Domyślam się tylko, że jako Pani Róża nie ogrywała żalu po aktorsku, ale była po prostu autentycznie zrozpaczona – i to mi się udzielało.

Dziś uczy młodych aktorów w Teatrze przy Fabryczce i jeśli przekaże im tę umiejętność, to grozi mi odwodnienie!