Z rockerką to jednak jest łatwiej: wszyscy muzycy są uwiązani do instrumentów i nie plączą się po scenie, oświetleniowiec wie, gdzie ma świecić, a ja mam wszystko podane jak na tacy. W hiphopie najczęściej scena jest pusta, koleżka od bitów schowany gdzieś w cieniu i w kącie, a na froncie miotają się goście z mikrofonami, który usiłują zrobić widowisko – ze średnim skutkiem. Często mam wrażenie, że większość z nich ma w sobie coś kilku moich znajomych z basistów, którzy grają nieźle, ale kiwają się do jakiejś zupełnie innej melodii. Może już do następnego numeru?

Nie mam bladego pojęcia o hiphopie, a o takim… w wąskich spodenkach, współczesnym, to już całkiem nic nie wiem – oprócz tego, że tekst jest tu ważny. Najważniejszy. Metalowcy mogą sobie coś tam gulgotać na tle rzeżących gitar, a jak w tytule będzie coś o trudnej miłości, to wszyscy to kupią. Tu się nie da… Dlatego, panowie, warto popracować nad dykcją i nie pluć w mikrofony oraz zastanowić się, czy wsparcie dwóch kolegów jest konieczne. Czytelności tekstu nie poprawia, choć z pewnością zwiększa wspomniany walor widowiskowy…

Oczywiście, jak już wspomniałem, nie znam się i stary już jestem. Publika bawiła się chyba nieźle, a to przecież jest najważniejsze – ale w przyszłości będę wybierał bardziej kameralne wykony, jak te nieodżałowane imprezki w Street Mind czy basenowe Graffiti Jam. Było skromniej, kameralniej – ale jakoś smaczniej.

Z pewnością oni dali lepszy show niż ja zrobiłem zdjęcia. Tak to się kończy, jak się nie czuje tematu…