Nie lubię opowiadań. Krótkich to nawet nie cierpię… Pablopavo też mnie jakoś nigdy szczególnie nie zachwycał jako wokalista, choć kojarzę go tylko z rzeczy solowych i z Ludzikami, za to wcale ze sceną reggae i raggamuffin, co teraz właśnie pospiesznie nadrabiam. Sięgnąłem po Mikrotyki w sumie z ciekawości – Paweł Sołtys urodził się w latach 70. w Warszawie i chyba chciałem sprawdzić, czy choć troszkę podobnie patrzymy na świat…

To było ciekawe doświadczenie: opowiadania Sołtysa są króciutkie, intensywne, zróżnicowane i… nie mają fabuły. No dobra – mają szczątkową fabułę, ale nie mają puenty. To tylko scenki, często intensywne wspomnienia z dzieciństwa pełne emocji, jakieś charakterystyczne postacie, skojarzenia i wrażenia, opisane gęstym, treściwym językiem, bez prób tłumaczenia czegokolwiek – bo i po co? Są jak dość przypadkowe notatki z odległej i całkiem bliskiej przeszłości, z których powieści nie sklecisz, a zapomnieć przecież szkoda…

Podoba mi się, że w tle tych scenek odnajduję znajome elementy z „etykietą zastępczą” z PRL-u, czuję smaki i zapachy z lat osiemdziesiątych, klimat dziewięćdziesiątych. Myślę, że mógł z tych historyjek, wspomnień i scenek zmontować piosenki – ale nie chciał.

I dobrze.