No i po wernisażu… Wprawdzie cały misterny plan… yyy… wziął w łeb, bo Krzysztof nie dotarł z roboty na czas i nie mógł Staszka odpowiednio zareklamować gościom wernisażu, ale na szczęście fotografie broniły się same, a jeszcze autor im pomógł. Wiadomo – byłoby lepiej bez pleksi, w solidniejszych ramkach, z porządnym oświetleniem, ale zebrani cmokali przed każdym niemal zdjęciem.

Podziwiano kolorystykę, ostrość zdjęć, plastyczność faktur i takie tam różne aspekty stasiowych dzieł, ale mnie zadziwiło to, że facet nie tylko dostrzegł piękno w więdnących tulipanach, ale potrafił je pokazać innym.

Gość mieszka w Wołominie od kilkunastu lat, ale pomimo całkiem sporego stadka wspólnych znajomych jakoś nie udało nam się dotychczas spotkać. Lepiej późno, niż wcale…

Nie wiem, kogo Stanisław zarekomenduje jako kolejnego autora, ale wierzę, że przed nami następna dobra wystawa w cyklu „21²”