Sam nie wiem, dlaczego zdecydowałem się na zakup Szczygła… Nie czytałem wcześniej niczego Donny Tartt, jej nazwisko nic mi nie mówiło. Nagrody Pulitzera też nigdy nie były dla mnie argumentem za zakupem jakiejkolwiek książki. Fakt – zawsze miałem słabość do opasłych tomów, ale ponad osiemset stron lektury mogło przecież okazać się drogą przez mękę… Na szczęście było dość przyjemnym spacerkiem. W deszczu. Po zmroku.

Theo początkowo wydaje się być klasycznym maminsynkiem wychowywanym bez ojca, który któregoś dnia zniknął z jego życia razem z pieniędzmi matki, ale wkrótce jego sielankowe, choć dość biedne życie staje na głowie: w zamachu terrorystycznym ginie jego matka, on sam zaś cudem uchodzi z życiem z ruin muzeum, zabierając ze sobą tytułowego „Szczygła” – malarskie arcydzieło z XVII wieku pędzla Carela Fabritiusa. Od tej chwili zaczyna się ich wspólna tułaczka po świecie, którą autorka opisuje zdaniami dłuższymi, niż to poprzednie, a już na pewno dużo bardziej złożonymi… Chłopak szybko wpada w nieciekawe towarzystwo i interesujące nałogi, ale nie traci wrażliwości i szacunku do sztuki, co niestety skutkuje kolejnymi życiowymi zawirowaniami.

No bo… jeśli z dobrych uczynków czasem może wyniknąć coś złego…? Gdzie jest napisane, że tylko zło może być konsekwencją złych uczynków? Może czasami złe oznacza dobre? Można źle skręcić, a i tak trafi się ostatecznie do celu? Albo, jeszcze inaczej, czasem robisz wszystko źle, a to i tak wychodzi na dobre.

Pewnie gdyby autorka celowała w wydawnictwo w miękkich okładkach, uszyłaby z tej historii jakieś dwieście stron niezłego kryminału, bo historia nie jest specjalnie długa, jednak Tartt nie przepuści żadnej okazji do klimatycznej retrospekcji, zaskakującej dygresji czy szczegółowego opisu jakiegoś przedpotopowego mebla. Co ciekawe – zmusza tym czytelnika do większego skupienia, nie pozwala się łatwo oderwać od lektury. Co ciekawe – wynotowałem sobie z tych kilkuset stron raptem dwa, dość obszerne cytaty…

Choć finał mnie nieco rozczarował dołującym nastrojem i onirycznością narkotycznych wizji, nie zamierzam unikać Donny Tartt. Jest w jej sposobie pisania coś, co kojarzy mi się z Johnem Irvingiem, pod którego urokiem pozostawałem przez wiele lat, ma nad nim jednak wielką przewagę: nie przejawia seksualnych natręctw.

Dla relaksu znów wkroczyłem do Zony, prowadzony tym razem przez Michała Gołkowskiego, a ze słuchawek mruczy do mnie Jan Peszek – King powrócił z kolejnym kryminałem, w dodatku jest to swego rodzaju kontynuacja Pana Mercedesa. Ekstra!