Ej, gościu, głuchy jesteś?! – krzyczy muzyk na próbie przed koncertem do akustyka. – Sam jesteś głupi! – akustyk na to. Żarcik stary, ale dziś taka sytuacja mogła mieć miejsce podczas Jazzu na Starówce. Słyszałem głównie klawiszowca (i to nie tego z plakatu, tylko jakiegoś pożyczonego) i werbel. Reszta towarzystwa brzmiała, jakby grała w pokoju obok. Do tego ścisk, jazgot, upał… Odpuściłem sobie początek koncertu – poszedłem na taras widokowy.

Kiepsko się czuję w tłumie… W dodatku lidera tej zacnej ponoć formacji zasłaniał mi tłuściutki zadek Syrenki z pomnika, a repertuar otwarcia wywoływał u mnie nerwowe tiki – ale może to dlatego, że połowy czarownych dźwięków po prostu nie słyszałem? A miało być tak pięknie…

Złapałem trochę powietrza oraz parę banalnych kadrów i wróciłem okrężną drogą na rynek. Trafiłem za scenę – nie było żadnego zaplecza, stałem dosłownie trzy metry za sceną, dookoła pląsało tylko kilkoro dzieciaków, słyszałem pewnie to, co sami muzycy. W sumie niezła zamiana – z kiepskiego odsłuchu i marnego widoku na dobry dźwięk i piękny widok młodych dziewcząt spacerujących po rynku. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że ci goście, z którymi one paradują, wprawdzie z pewnością darzą je wielkim uczuciem, ale to nie są ich ojcowie…

Co tam – przecież nie będę im żałował!