…i to obydwaj! Lee Child nie pozwala oderwać się od lektury, Reacher jest jak zwykle cyniczny, małomówny, skuteczny i… umundurowany. To chyba najwcześniejszy etap jego życia – jest jeszcze w armii, oczywiście w żandarmerii, przed trzydziestką, w stopniu majora. Zostaje nagle przeniesiony z Panamy, gdzie rozpracowuje Noriegę, do Karoliny Północnej. Nie pyta o powody – to w końcu armia…

Jest rok 1990, w Europie pada mur berliński. W Stanach podrzędnym hoteliku umiera na zawał dwugwiazdkowy generał wojsk pancernych. Sprawa wydaje się czysta i mało kryminalna (choć mocno erotyczna)  do momentu w którym okazuje się, że z pokoju nie zginęło nic, poza jego teczką. Niemal jednocześnie w własnym domu ginie żona generała – ślady wskazują na włamanie, ale znów nic nie ginie… Toczące się początkowo niemrawo dochodzenie zaczyna zataczać coraz szersze kręgi.

Narracja w pierwszej osobie – co nie jest oczywiste, spore jak na ten cykl poczucie humoru, jak zwykle wartka akcja, dość zawiły wątek kryminalny, gąszcz wojskowych zasad i regulaminów. Chyba tylko jedna bijatyka ograniczona do precyzyjnego i niezwykle skutecznego kopnięcia w kolano, które zaważy na przyszłości Reachera.

Jest też oczywiście kobieta – jak zwykle jedna, bo nasz olbrzym jest powściągliwy nie tylko w słowach. O, przepraszam – mamy też okazję poznać szanowną rodzicielkę, bo brat przewinął się już chyba w kilku tomach.

Dziwię się, że nikt nie pokusił się o ekranizację tej książki – nadaje się do tego chyba dużo lepiej, niż Jednym strzałem, pokazuje początek historii, w czytelny sposób buduje postać bohatera i chyba wyjaśnia jego sytuację w późniejszych częściach cyklu.

Martwi mnie tylko, że czytelnik (wiem już, że nie tylko ja) dużo szybciej niż Reacher zaczyna rozważać pewną możliwość… Stop! To już byłby spoiler!