Nie śpiewam, nie gram na żadnym instrumencie, ale lubię warsztaty muzyczne – zwłaszcza tę część „na schodach”. Najczęściej to są jakieś luźne gadki przed samą imprezą, w przerwie na fajka, rzadko po wydarzeniu. Wtedy dowiaduję się, czy obraz człowieka, jaki stworzyłem sobie na podstawie jego muzyki, jest prawdziwy.

Nie wiem, czy Jacek Kleyff jest muzykiem wykształconym – czytałem wprawdzie Rozmowę, czyli obszerny wywiad-rzekę, ale jakoś nie pamiętam wątków o edukacji muzycznej. Tworzy utwory skomplikowane, choć melodyjne i z pewnością ma swój rozpoznawalny styl – i nie mówię tu o jego śpiewaniu… Mam wrażenie, że tworzy zupełnie spontanicznie i intuicyjnie, tworząc muzyczne frazy z naturalnej melodii słów i przypomina mi w tym kucharzy, tancerzy, fotografów robiących cudowne rzeczy z wewnętrznej potrzeby, bez oglądania się na nieszczęsne „oczekiwania rynku”.

A czy przyroda w kolebkach myślała o tym dokładnie
na co jej wielkie mamuty? Ani wygląda to ładnie,
ani z nich skóra na buty.

Nie ma co pytać, koledzy – robiła i tak jej wyszło.
Nikt nie wymyślał specjalnie tego w czym żyć nam przyszło.
Uprzedzam o tym lojalnie.

Już na początku spotkania okazało się, że z robieniem zdjęć może być kłopot, bo to artystę rozprasza. Rozumiem, szanuję – dziobałem zza kotary, chyba w miarę dyskretnie…