Nie gram za wiele. Może inaczej – nie gram w byle co, nie zabijam czasu przed monitorem. Sporadycznie, dla przewietrzenia głowy spędzę kilka minut nad jakąś flashową gierką. Czasem, co parę miesięcy kupię jakąś grę, co do której jestem pewny, że warto – jak ostatnio Dziki Gonwcześniej X-COMA teraz The Last Of Us.

Chyba nie grałem wcześniej w coś tak do bólu liniowego… Może Tomb Raider nieco przypomina tę grę: bardziej przygodowy niż zręcznościowy, na zamkniętych, ograniczonych obszarach, niespecjalnie pozwalający na zróżnicowane wybory. Początkowo to bardziej film niż gra – trzeba tylko szwendać się po zrujnowanym mieście, czasem coś podnieść, kogoś tam dyskretnie unieszkodliwić. Niezła grafika, znakomity polski dubbing, klimatyczna muzyka wciągają, podobnie jak historia Joela i Ellie. On to gość w średnim wieku, który pierwszego dnia apokalipsy zombie stracił córkę. Ona – niby zwyczajna, ale wyjątkowa czternastolatka, która może uratować świat przed śmiertelną epidemią.

Z czasem bohaterowie uzyskują nowe umiejętności i sprzęt, ale przetrwanie w zainfekowanym świecie nadal jest trudne. Żmudne zbieranie materiałów, leniwe dialogi, długie i powolne skradanki i silnie z nimi kontrastujące sceny gwałtownej, rozpaczliwej wręcz walki wręcz w ciasnych pomieszczeniach tworzą niesamowitą dynamikę, podobnie jak wnętrza zrujnowanych budynków wypełnione zbutwiałymi meblami kontrastujące z pięknymi, otwartymi przestrzeniami miast pochłanianych przez naturę. Czasem wydaje się, że tych dwoje to naprawdę ostatni ludzie na Ziemi…

Sporo radochy daje ciekawy tryb foto – po zatrzymaniu akcji w dowolnym momencie rozgrywki można operować wirtualnym „aparatem” w przestrzeni trójwymiarowej, zmieniać pole widzenia, kolorystykę kadru.

Pomimo przygnębiających realiów, bezwzględności bohaterów i brutalności wielu scen to historia o wyjątkowych relacjach między bohaterami… Mimo tego on dla niej nigdy nie będzie ojcem, a ona dla niego – córką. Trochę jak Geralt i Ciri.

Właściwie to nawet bardzo jak oni.