Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Na szczęście nie obiecywałem sobie zbyt wiele po tym filmie, więc i rozczarowania wielkiego nie było. Znakomity temat został może nie tyle zmarnowany, co niewykorzystany – dłuuuuga lista znanych nazwisk nie wystarczy do osiągnięcia sukcesu kasowego. Śmiem nawet twierdzić, że przeszkadza w odbiorze, bo po znanej twarzy spodziewam się intuicyjnie ważnej roli, choćby to był nawet Zbigniew Buczkowski.

Maciej Stuhr nie przeszarżował – w końcu to już nie młodzieniaszek i nie debiutant, nie kusi go chyba przerysowywanie roli. Wiarygodnie wypadła Sonia Bohosiewicz, zarówno przygaszona przez chorobę, jak i błyszcząca na scenie. Natalia Rybicka przeciwnie – dla mnie od początku do końca sztucznie, ale może to zamierzone… Właściwie tylko w swoim ostatnim ekranowym wejściu zrobiła na mnie wrażenie. Szkoda, że to trwało tylko kilka sekund…

Wydaje mi się, że cała ta historia to tylko pretekst do opowiedzenia kilku zgrabnych dykteryjek dzięki drugoplanowym postaciom. Znakomicie udaje się to Wojciechowi Pszoniakowi, którego Felicjan Zuppe przez pół filmu nęka swoich zespołowych kolegów poszukiwaniem homoseksualnych podtekstów w klasyce polskiej literatury, co jest dość zabawne, ale nie tak, jak puenta tej historyjki… Pewnie wielu homofobów poczuje się osobiście dotkniętych! Anna Dymna, choć wydawało mi się to niemożliwe, ukryła gdzieś całą swoją łagodność i anielskość, wchodząc w skórę zapijaczonej Bayerowej. Właściwie nie byłaby warta wspomnienia, gdyby nie błysnęła w końcówce filmu w dość… hmmmm… prostej, ale komicznej scenie. Swoje momenty mają też Wiktor Zborowski (z „pasztetową” przy boku) czy Adam Ferency, ale czy naprawdę do nic nie znaczących epizodzików trzeba było wołać Mariana Dziędziela, Pawła Królikowskiego, Mariana Opanię czy Magdę Zawadzką? Serio? W Jak rozpętałem drugą wojnę światową z 1970 roku też przewinęła się cała plejada ówczesnych gwiazd kina, ale każda z nich jasno błysnęła. Tutaj tylko Władysław Kowalski wzbudził we mnie jakieś emocje. Tak, tak – trochę mi się oczy spociły. Nie wstydzę się.

„Obrazek” nie powala. Mimo pozornej dbałości o szczegóły, scenografię i kostiumy wszystko tu jak dla mnie jest zbyt kolorowe, za gładkie i ładne, jak na lata pięćdziesiąte. Może trzeba było pójść trochę szlakiem wytyczonym przez Tańcząc w ciemnościach i przygasić, przybrudzić nieco scenki fabularne, a dodać trochę brokatu we wstawkach muzycznych? Pewnie się czepiam – nie lubię musicali…

Broni się jednak w tym wszystkim właśnie muzyka, bo to ona jest bohaterką filmu. Wojciech Karolak zrobił kawał dobrej roboty i jestem przekonany, że byłoby jeszcze lepiej, gdyby realizatorzy nie przedobrzyli… Wszystkie nagrania big bandu – i te z prób w mieszkaniu, i z koncertu na promie – brzmią studyjnie, sztucznie. Nie, nie szukam wad na siłę, jakoś mnie to uwierało.

Chyba tylko „trzy z plusem”, ale… warto iść. Zwłaszcza do wołomińskiej Kultury: scenografia jest wiarygodniejsza niż w filmie, przed seansem chyba tylko jedna reklama, bilet za 16 złotych i pięć minut od domu. Grają chyba do końca tygodnia.

Reklamy

Dodaj komentarz logując się przez FB lub Twetter

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: