Lubię Floydów – z umiarem, bo w nadmiarze mnie dołują, więc w ramach przygotowań do wieczornego koncertu w kinie Kultura słuchaliśmy dziesiątek ich coverów w wersjach jazzowych, reggae i bluegrass. Polecam szczególnie te ostatnie, na Spotify są ich dziesiątki. Bałem się oryginalnych wykonań – wtórne mogły przy nich wypaść blado… Miałem też kilka innych obaw.

Cover bandy są różne – począwszy od gości zafascynowanych jakimś gatunkiem czy muzycznym okresem i grających na przykład muzykę lat sześćdziesiątych, przez pajaców obłożonych sprzętem i twierdzących, że zagrają wszystko, za co klient zapłaci, po przebierańców zapuszczających wąsy i gotowych sobie operacyjnie wykrzywić zęby, żeby tylko wyglądać jak Freddie Mercury. Efekty też są różne – Tribute To Tadeusz Nalepa na przykład robi kawał dobrej roboty, ale bywa gorzej. Dużo gorzej…

Pierwsza dobra wiadomość – w kinie Kultura nikt nikogo nie udawał. No dobra – kilku słuchaczy udawało fanów, udzieliła im się atmosfera. Były też inne: sala była pełna, nie brakowało znajomych, średnia wieku nie była dramatycznie wysoka, oświetlenie wyglądało bardzo dobrze, wszystko fajnie zabrzmiało. Dzieciaki z wołomińskiej szkoły muzycznej dały radę. Koncert trwał trzy godziny i właściwie nie miał słabych momentów, ale żeby zaraz urządzać owacje na stojąco?

– Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu – powiedział Vilgefortz do Geralta na stronach powieści mistrza Sapkowskiego, i miał rację.