W sumie to przypadkiem trafiłem na tę grę… Nie było nic ciekawszego, więc wziąłem to, co było. Szkoda, że nie w wersji spolszczonej, bo chyba sporo tracę z klimatu, ale i tak świetnie się bawię biegając po mieście w skórze graficiarza ze Seattle, niszcząc kamery i drony monitoringu, kasując posterunki Departamentu ds. Obrony Zunifikowanej, rozbijając grupy handlarzy narkotyków i wykonując inne, poboczne misje. Temat, który w książce zupełnie się nie sprawdził, w grze wciąga jak chodzenie po bagnach. Jestę superbohaterę!

Wprawdzie moce, którymi dysponuję są dość… dziwne, no bo czerpanie mocy z dymu czy neonów albo telewizyjnych ekranów jest raczej nietypowe, ale swoboda działania, dynamiczna akcja i zróżnicowane zadania połączone ze znakomitym trybem foto (jak w the Last of Us) wyjątkowo przypadły mi do gustu… Może dlatego, że słucham Złego Tyrmanda czytanego przez Adama Ferency? Wprawdzie jego warszawski superbohater mógł czerpać moc co najwyżej z butelek z czerwoną kartką, ale też stał po słusznej stronie mocy.

Second Son ponoć można być też takim bardziej niefajnym, ale… jakoś nie próbowałem. Nie umiem. Pieczołowicie zbieram dobrą karmę i rozwijam zdolności małolata, chociaż właściwie już tę grę skończyłem. Bardzo szybko i z kilkoma zaledwie trofeami, ale na szczęście po obejrzeniu długaśnej listy płac da się kontynuować rozgrywkę i czyścić ze sługusów systemu kolejne dzielnice miasta