Przyznam, że ostatnio omijałem kindla wzrokiem jak listę rzeczy „do zrobienia” na lodówce… Chyba pod wpływem Króla i Morfiny Szczepana Twardocha zapałałem jakąś sympatią do lektur z tłem historycznym, z wartką akcją i dobrą narracją. Okazało się, że to trudne – ani Śmierć frajerom Kalinowskiego, ani Jan Karski. Jedno życie Piaseckiego nie miały w sobie nawet cienia prozy Twardocha. Są jakieś takie… propagandowe. Dęte dialogi, płaskie postacie, nuda. Na szczęście z odsieczą przybył Jack Reacher!

Ja wiem – to nie jest literatura ambitna. To dobrze napisane kryminałki, od których jednak ciężko się oderwać. Na tyle ciężko, że woda w wannie robi się zimna, że do roboty można się spóźnić, jeśli ktoś czyta przy śniadaniu. Nawet, jeśli są to tylko opowiadania – jak w przypadku Adres nieznany.

Znamy się z Reacherem od 21 tomów jego przygód i jest moim dobrym kumplem. Nie idolem  czy nawet wzorem, ale właśnie takim dobrym koleżką, który ma swoje dziwactwa i nawyki, ale zawsze można na niego liczyć. Nie nawalił i tym razem, chociaż kilka z tych dwunastu opowiadań to zaledwie dłuższe dykteryjki, a tylko trzy to historie, które nie stały się pełnoprawnymi powieściami. Większość dzieje się „gdzieś pomiędzy” wcześniej wydanymi tomami, ale poznajemy też Reachera jako nastolatka w jednej z baz wojskowych, co dość trudno było mi sobie wyobrazić…

Relaksujące doświadczenie… Odpocząłęm, pośmiałem się – czas na zmianę klimatu!