Właściwie to nie oglądam telewizji. Trochę przy obiedzie – kilkanaście minut wiadomości, choć to raczej nie służy trawieniu. Lubię (wiem, trochę wstyd) takiego niby-dokumentalnego tasiemca o gościach prowadzących lombard. Czasem, od wielkiego dzwonu obejrzymy jakiś film… Sam nie wiem, dlaczego przedłużając umowy na telefon skusiłem się na miskę satelitarną, pewnie zadecydowała śmieszna cena abonamentu i jakaś dziwna niechęć do telewizji publicznej. Dziwna, bo jeszcze niedawno jej nie miałem… Mniejsza o to – cieszę się z tej zmiany, bo dzięki niej obejrzałem pierwszy odcinek serialu Vinyl. I chyba chcę zobaczyć następne!

Nie wiem, czy realia serialu wiernie oddają lata 70. – akcja pierwszego odcinka rozgrywa się w roku 1973, więc siłą rzeczy niewiele mogę pamiętać, a jeszcze mniej wiedzieć, bo rzecz się dzieje w Nowym Jorku. Widać gołym okiem, że jest konkretny budżet, dobrzy operatorzy i znajomość tematu. Tę ostatnią gwarantują Martin Scorsese i Mick Jagger, których chyba nie trzeba przedstawiać.

Choć początek lat siedemdziesiątych zazwyczaj kojarzy się ze złotymi latami muzyki rockowej, to już w pierwszym odcinku swoje miejsce znalazły blues, funk, hip-hop, disco i raczkujący punk, a oglądanie muzycznej sceny z punktu widzenia producentów muzycznych gwarantuje mocne wrażenia, brutalne zagrywki, dużo gorzały, prochów i seksu oraz błyskawiczną amputację złudzeń dotyczących rynku muzycznego u widzów. Zapowiada się muzyczne House of Cards, rockandrollowa Gra o tron. Chcę to oglądać.

Nawet, jeśli trzeba będzie zapłacić!