Tytuł tego wpisu to chyba ulubiona odzywka Steve’a Jobsa, niemal standardowa w kontakcie z nowym pomysłem, ideą, projektem. Cudzym, bo on oczywiście miał same wizjonerskie przemyślenia. Jeśli nawet przypadkiem ktoś z jego współpracowników miał dobry pomysł, to nie cieszył się nim zbyt długo – po kilku godzinach lub dniach od podzielenia się nim z szefem, na jakimś zebraniu czy naradzie w Apple okazywało się, że… to pomysł Jobsa. Pewnie długo bym nie popracował z takim szefem, ale przecież nie to było w nim najgorsze…

Wywodził się z hakerskiego światka i do końca lubił o sobie myśleć jak o buntowniku, piracie, głosicielu idei wolności. Dał temu wyraz w wyjątkowej reklamie nawiązującej do orwellowskiego 1984, ale stworzył zamknięte urządzenia pracujące na zamkniętych systemach operacyjnych, kontrolując swoich użytkowników pod każdym względem. W jego sposobie traktowania ludzi było coś socjopatycznego – wydaje mi się, że gardził większością z nich, choć w młodości fascynował się buddyzmem zen, zwalniał pracowników bez mrugnięcia okiem i przez dziesięć lat nie przyznawał się do swojej córki, choć sam był adoptowany i uważał, że to odrzucenie w dzieciństwie zaważyło na jego życiu. Kupował wielkie domy, których nie próbował potem nawet umeblować, oszukiwał wspólników, za urządzenia zbudowane na podstawie cudzych projektów żądał grubych pieniędzy. Sam ukradł pomysł na interfejs graficzny Xeroxa, co nie przeszkodziło mu po chwili oskarżać Microsoftu o to to, że ukradli go od Apple. Nie miał pojęcia o programowaniu, projektowaniu ani o marketingu, nie potrafił wiele więcej niż to tytułowe to jakieś gówno, po którym programista, projektant czy handlowiec pokornie zwijał swoje papierki i zabierał się do roboty od nowa. I jeszcze raz. I jeszcze. I znowu… Tylko po to, żeby podczas prezentacji produktu Jobs mógł stanąć przed publicznością i powiedzieć: wymyśliłem dla was to wspaniałe urządzenie. 

Był straszny – nie znał kompromisów, był histerykiem, miał o sobie wyjątkowo wysokie mniemanie, ale jednego nie można mu odmówić: potrafił skłonić najlepszych fachowców do tytanicznej pracy nad ryzykownymi projektami zaledwie wskazując orientacyjny kierunek, w którym mają pójść. Mało tego – oni się jeszcze z tego cieszyli i traktowali to jako wyróżnienie. Wydaje się, że Jobs był tylko katalizatorem w twórczym procesie, który zachodził w Apple: wszystko dzięki niemu działo się szybciej i było lepsze, choć on sam właściwie niczego do procesu nie wnosił poza narzekaniem. Mimo to współpracownicy uważali go za geniusza… Czy to przypadkiem nie jakaś forma sekty, w której był guru?

Nie można mu z pewnością odmówić jednego talentu: potrafił przeprowadzić prezentację z wprawą i wyczuciem telewizyjnego pastora, z każdym występem pozyskując całe rzesze nowych wyznawców i ich pieniądze. O tak – w tym był mistrzem…

Walter Isaacson napisał świetną biografię człowieka, z którym na pewno nie poszedłbym na piwo. Warto ją przeczytać tylko po to, żeby odnaleźć w sobie choćby blade cienie cech charakteru tej ikonicznej postaci cyfrowego świata. Odnaleźć, przerazić się i zacząć pracować nad sobą, bo Steve Jobs to historia choroby – i nie chodzi tu o raka, z którym Jobs zmagał się długo…

fotka w nagłówku: Matthew Yohe