Hau, hau… Nie, nie wykryłem właśnie pola minowego na jakiejś wydmie, odszczekuję po prostu moją krótką i rzeczową recenzję, którą wystawiłem tej grze po godzinie błądzenia po piaszczystych bezdrożach z Quasimodo w roli mechanika wożonego na pace. Dupy nie urywa – napisałem. Może i nie urywa, ale ciężko ją podnieść sprzed telewizora…

Wydaje się, że to nudna gra: przemierzanie kilometrów bezdroży z pustą manierką i prawie pustym bakiem, dwoma nabojami w obrzynie i jednym nożem za pasem. Żarcie robactwa wyhodowanego na padlinie i psiego żarcia z puszki. Ciułanie każdego kawałka złomu z nadzieją na wzmocnienie opancerzenia czy poprawienie mocy silnika grata, którym przyszło akurat jeździć. Walka na pięści ze zdziczałymi ludźmi, walczącymi o przetrwanie w prostych fortyfikacjach stworzonych w ruinach budynków, wrakach samolotów, jaskiniach. Mozolne zdobywanie kontroli nad kolejnymi obszarami i odkrywanie pamiątek przeszłości. Misje które nie ratują świata, ale pozwalają pozyskać następną część usprawniającą Magnum Opus. Nieco ciężka atmosfera beznadziejności…

Brakuje mi trochę majsterkowania, urozmaicania i poprawiania broni jaki w Dying Light – tym bardziej, że Max rozwija swoje umiejętności, zmienia wygląd i wciąż modyfikuje samochód. Nie ma oprawy muzycznej. Świat wprawdzie otwarty, ale nie podejmuję właściwie żadnych decyzji oprócz tych o kolejności realizowania zadań.

Mimo to gra przykuwa do monitora, wciąga jak ruchome piaski, może nawet trochę hipnotyzuje. Pewnie nie będzie to mój ulubiony tytuł na PS4, ale nie żałuję ani złotówki. Tym bardziej, że promocja była…