Dotychczas miałem z muzyką gospel jak najlepsze doświadczenia – nieco krępujące, bo budzi ona we mnie silne wzruszenie, ale jak najbardziej pozytywne. Po wczorajszym koncercie Gospelrain wiele sobie obiecywałem i usiłowałem odnaleźć te same emocje, co kilkanaście lat temu na koncertach w kościele na Kurkowej, ale nie znalazłem nawet ich śladu. I ni cholery nie mogę dojść – dlaczego?

Muzycznie nie było się do czego przyczepić – świetnie nagłośnieni, profesjonalni muzycy wykonywali dobrze przygotowane aranżacje niezłych utworów. Jak dla mnie niewiele w tym było gospel, ale w końcu mało się na tym znam. Nie porwało mnie, pomimo wykonywania przez wykonawców wszelkich rytualnych gestów. Może byli zmęczeni? Ja byłem – trwające godzinę otwarcie wydarzenia mogło wyczerpać. Może brakowało im kontaktu z publicznością? Podobno na własne życzenie stali tak głęboko, z tyłu sceny… Czy młoda publiczność chciała stać daleko, za wygrodzonym barierkami sektorem z miejscami siedzącymi dla VIP-ów i seniorów? Raczej nie… Nie ma co ukrywać – kiepsko to wyglądało i w tym kontekście gadanie o wspólnocie i byciu razem brzmi groteskowo.

Nie należę do żadnej religijnej wspólnoty, ale czułem dobrą energię choćby na meczu między gospodarzami a gośćmi Światowych Dni Młodzieży rozgrywanym kilka dni temu na Huraganie. Na „patelni” nie poczułem nic poza rozczarowaniem.

Trzeba było zostać dłużej w Czeremsze.