Są wakacje, była promocja… Czaiłem się do tej gry jak pies do jeża, ale gdy w końcu doczekałem się dobrej ceny w dystrybucji cyfrowej, to kupiłem zestaw „na bogato” – ze wszystkimi chyba możliwymi dodatkami. No i fajnie!

Podszedłem do tematu dość rozrywkowo i gram raczej wariant przygodowy, ale żeby nie było za łatwo przemierzam Thedas w ciele chuderlawego łucznika, w dodatku elfa – co raczej nie ułatwia mi roboty w świecie pełnym ludzi. Ekipa wspomagająca w terenie raczej stała, bo jakoś polubiłem tych dziwaków… Świat gry jest duży i zróżnicowany, ale nie otwarty – pomiędzy jego krainami przemieszczać się można jedynie z poziomu mapy. Nie przeszkadza mi to zupełnie.

Nie grałem w poprzednie części, więc wszystko w tej grze było dla mnie nowe – tak, jak dla bohatera tej historii, który zupełnie nieoczekiwanie stał się przywódcą Inkwizycji – „trzeciej siły” na kontynencie, która dzięki dyplomatycznym zabiegom lawiruje pomiędzy zwaśnionymi templariuszami i magami, starając się jednocześnie „łatać” szczeliny w barierze, która oddziela świat od Pustki. Mozolne zdobywanie kolejnych przyczółków w terenie, drobne przysługi dla pomniejszych frakcji i nacji, zdobywanie funduszy i surowców, ciągłe poprawianie uzbrojenia i rozwój umiejętności postaci, rozbudowa twierdzy – przypomina to nieco XCOM, ale w nieco strawniejszej dla mnie oprawie i bez trybu turowego, choć można korzystać z aktywnej pauzy i przełączać się pomiędzy członkami zespołu.

Wciągnęło mnie, sam nie wiem dlaczego. Grafika i animacja jakoś szczególnie nie rozpieszczają, zawiła fabuła wymaga nieco skupienia, potyczki traktuję raczej zręcznościowo, świetnie się bawię. Martwię się tylko troszkę, że niedługo będę sobie musiał zrobić przerwę…