Jack Reacher po raz dwudziesty pierwszy zaprowadza sprawiedliwość! Tym razem jeszcze w mundurze żandarmerii wojskowej, bo Lee Child znów odmłodził go w najprostszy z możliwych sposobów: opowiadając historię z lat dziewięćdziesiątych. I niby wszystko się zgadza, bo Reacher jak zwykle dużo myśli, mało mówi, działa skutecznie na polu walki i w warunkach łóżkowych, ale… chyba mi się przejadło.

Serio? Napisałem to?

Może to przeniesienia akcji do Europy, do zjednoczonych Niemiec spowodowało, że jakoś mniej wierzyłem autorowi? O ile w Stanach Jack był jakoś bardziej „u siebie” i wierzyłem w jego analityczny umysł i zmysł obserwacji, o tyle „na wyjeździe” większość jego socjologicznych przemyśleń po prostu by chyba nie zadziałała – w końcu rzuceni w realia kapitalizmu „Ossi” to nie Amerykanie z klasy średniej. Dedukcyjne zdolności mrukliwego olbrzyma upodobniły go w tej części do Sherlocka Holmesa, terroryści i neonaziści dodali smaczek z sensacyjnych filmów klasy „B” a nerwowo poszukiwane przez CIA, FBI i wspieranego przez sierżant Neagley Reachera zagubione przez kwatermistrzostwo w Hamburgu przenośne bomby atomowe to już czyste science fiction… Była też szczypta Harlequina więc wydaje się, że to książka dla wszystkich, ale widocznie „nie jestem wszystkimi”.

Dobra, przyznaję – mogłem być trochę nieuważny w czytaniu, bo dałem się skusić Królowi Szczepana Twardocha w wykonaniu Maćka Stuhra i myślami byłem ciągle w Warszawie lat dwudziestych… To nie jest zły kryminał, serio. Zwłaszcza, jeśli porzuciło się w połowie wynurzenia Jeremy’ego Clarksona – wtedy na pewno jest to „dobra zmiana”.