Lubię takie spotkania – bez napinki i podziału na roczniki, na luzie, ale i na punkty. Poszło nam świetnie mimo braku kilku fajnych, ale kontuzjowanych dziewczyn i z przyjemnością obserwowałem „parkietowe cuda”, jak choćby fajną współpracę naszych doświadczonych „moherów” z totalną „surówą” (Magda, jeszcze raz gratuluję debiutu) czy śmiałą grę pod koszem Gandzi, która dotąd często zatrzymywała się w połowie obrotu i mamrotała tylko pod nosem jakieś „no bo… no ale…”. Podobało mi się i domagam się więcej! Kogo wyzywamy na pojedynek w przyszłym tygodniu?