Znalazłem w szufladzie kilkanaście wielkoformatowych odbitek zdjęć z imprez sportowych sprzed kilkunastu lat. 20×30 centymetrów, ludzie w kimonach, kaskach, rękawicach. Spoceni, poobijani, nakręceni adrenaliną. Zrobiłem je na imprezach organizowanych przez Renatę Naczaj – pracowaliśmy wtedy razem, próbowałem jej troszkę pomagać, potem przez jakieś dwa lata sam wycierałem matę kimonem. Uznałem, że dla niej to ważniejsze pamiątki, niż dla mnie – poszedłem do dojo, żeby je oddać.

Cieszę się, że po tułaczce po różnych salach w okolicy wylądowała w Wołominie – szkoda tylko, że okoliczności wymusiły na niej „zimny chów” zawodników. Warunki ma naprawdę spartańskie, ale wydaje się, że wróciła dawna atmosfera na treningach. Nie ma już tyle japońszczyzny, ale w końcu to już nie jiu jitsu – na fali jest MMA i wszystkim chyba wydaje się, że wkrótce wdrapią się na fighterski szczyt sławy.

W kwietniu kolejne Grand Prix – będę ich dopingował z całych sił.