Biografie muzyków i historie zespołów to czytelnicza loteria – chyba, że na okładce wydawca nasmarował nieopatrznie zdanie typu „jedyna autoryzowana biografia!”. Wtedy wiadomo od razu – nie kupować. Wszystko będzie wygładzone, wycacane, pełne „od razu wiedziałem, że odniosę sukces”, „nigdy się nie zaciągałem”, „od tamtej pory jestem jej wierny” i innych takich miłych kłamstewek. Respect Davida Ritza nie uzyskało autoryzacji Arethy Franklin, więc czyta się znakomicie.

Autor nie jest w tej branży debiutantem – ba, jest chyba królem muzycznych biografii, ale zazwyczaj pisał jako ghostwriter, poznając głównie historię czarnej muzyki przy okazji tworzenia około pięćdziesięciu poczytnych tytułów. Gość ma wyczucie i nie zagłębia się w zbędne szczegóły, utrzymując wciągające tempo i plastycznie oddając klimat lat sześćdziesiątych. Miłą odmiana – w Prędzej świnie zaczną latać Mark Blake tak przynudza o tym, kto z kim i gdzie grał, romansował, mieszkał i ćpał, że chyba sam zapomniał, że pisze o Pink Floyd, więc musiałem sobie zrobić przerwę. Nie wiem, jak długą, ale chyba do przyszłego roku.

Trzypłytowy zestaw hiciorów autorstwa Ree zawsze był u nas w domu muzycznym tłem do sesji gier planszowych – bez tego nie potrafiliśmy się skupić. Od dawna fascynuje mnie jej głos, w którym słychać zarówno żarliwe gospel, łkającego bluesa, figlarny funk jak i swobodne, jazzowe nuty, ale dopiero teraz, kiedy zacząłem poznawać jej życie uświadamiam sobie, jak wiele z tych porywających kawałków nagrała jeszcze jako nastolatka, choć… już matka dwójki dzieci. Wprawdzie była ponoć bardzo nieśmiałą córką pastora, ale tatuś sam był pies na baby, więc przykładu dobrego dzieciom nie dawał…

Nie jestem jeszcze nawet w połowie lektury więc nie wiem, dlaczego „Queen of Soul” nie zechciała jej autoryzować – choć popełniła w życiu masę błędów, to póki co nie straciła w moich oczach ani trochę. Może nawet nieco zyskała? Chyba tak, bo od kilku dni towarzyszy mi nieprzerwanie w pracy.