Książka Glukhovsky’ego nie zrobiła na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, ale też nie uczyniła mi szczególnej krzywdy – dałem radę i Metro 20133, i Metro 2034, choć to dość masywne cegły. Gra oparta na prozie rosyjskiego autora przeszła raczej bez echa, nie słyszałem zachwytów, raczej ostrożne stwierdzenia, że „można pyknąć”. Promocja była, więc pyknąłem.

Odświeżone i poprawione wersje Metro 2033 i Metro: Last Light kupiłem w pakiecie, jako Metro Redux za kilkadziesiąt złociszy. Skończyłem pierwszą część i choć rozgrywka nie daje wyboru ani jeśli chodzi o wykonywane misje, ani o sposób ich wykonywania, to podobnie jak The Last of Us jest tu niezły klimat, sporo „smaczków” w różnych detalikach otoczenia, niezła historia i moje ukochane, permanentne niedobory – w tym wypadku apteczek, amunicji, filtrów do masek i miejsca w plecaku.

Przedzieram się przez drugą część gry – jest lepsza, bo można próbować się przekradać przez wrogie stacje, lokacje wydają się być większe a przeciwnicy cwańsi. Dobrze wydane pieniądze…