Dzisiejszy upał mnie wykończył… Wróciłem do domu i uciąłem sobie godzinną drzemkę, jak jakiś starszy pan. Miałem odpuścić ten koncert, nie chciało mi się nawet drałować do MDK i pewnie bym został w domu, gdyby nie chęć przekonania się, czy z klawiszowcem nie znamy się przypadkiem z bluesowych jamów w kobyłkowskim MOK-u. Pojechałem.

Nie żałuję – to był kawał znakomitej, relaksującej muzyki, zagranej bez żadnej napinki, z wielką przyjemnością, wręcz radością – jakoś przypomniało mi się przy okazji rastafariańskie słówko Irie, które chyba najlepiej oddaje relacje muzyków ze sobą, ale i z publicznością. Instrumentalne utwory, grane z uwagą, ale i swobodą przez czterech zaledwie muzyków do prawie pustej sali pewnie jeszcze długo będą plątały mi się po głowie – podobnie, jak najstarsze utwory Openspace. Cieszę się, że ruszyłem tyłek z domu.

Miałem rację – znamy się z jamów.