No i stało się – polubiłem czeską literaturę. Nie przeszkodził mi w tym szaro-bury obraz Pragi końca XIX wieku, na tle którego rozgrywa się kryminalna, ale też nieco groteskowa historia, którą oglądamy oczami hrabiego Arco – utracjusza, gruźlika, szermierza, heroinisty. Nie rozproszyły polityczno-historyczne dywagacje, antysemickie wątki, erotyczne smaczki. Miloš Urban wykonał znakomitą robotę!

Z jednej strony – znam już i lubię taką literaturę, której autorzy jawnie wielbią klasyczne kryminały sprzed stu lat, więc momentalnie wsiąkłem w konwenanse, realia, język. To wszystko dzięki dłuuuugiej liście mistrzowskich tytułów autorstwa Borysa Akunina i postaciom Fandorina oraz siostry Pelagii. Z drugiej – przecież niedawno skończyłem Morfinę Szczepana Twardocha, co też ma swoje znaczenie, bo Konstanty Willemann to właściwie bratnia dusza hrabiego Arco!

Kleinfleisch morduje praskie ladacznice, hrabia drocząc się z urzędnikami próbuje ocalić część starej Pragi przez asenizacją, fiolki heroiny krążą z rąk do rąk… Dzieje się sporo, ale dobrze opisane postacie drugoplanowe budzą na tyle silne emocje, że każdy aspekt tej historii staje się interesujący.

Wprawdzie błądzę teraz po Harlemie przy dźwiękach jazzu dzięki Tomaszowi Zalewskiemu, ale zaraz wracam do czeskich klimatów…

Zdjęcie autora z jego fanpage’u.